Archiwum kategorii 'Tango argentyńskie'

26 – 27 maja; Jose i Vicky na weekend

Już za niespełna dwa tygodnie – dogrywka, znów dystrakcji dostarczą nam Jose i Vicky.

27 maja stery Comme IL Faut obejmie dj Jose, wcześniej, wspólnie z Vicky poprowadzą praktykę!
zapraszamy też na warsztaty w sobotę i niedzielę:

Sobota 26 maja Narbutta 14

17:00:18:30 Technika dla panów UWAGA! TE JEDNE ZAJĘCIA ODBYWAJĄ SIE W KLUBIE EQUILIBRIUM UL. NIEPODLEGŁOŚCI 147!

17:00-18:30 Technika dla pań

18:45-20:15 Sacady partnera i partnerki ( i ich łączenie z innymi elementami – voleo, gancho…)

—————————————————————————————–

Niedziela 27 maja zajęcia w klubie CocoDeORO Potocka 14

16:00-17:30 Ulubione kroczki Josego i Vicky (do zatańczenia nawet na zatłoczonym parkiecie)

Zajęcia mają charakter open level

Cena (dla jednej osoby za pojedyncze zajęcia) – 65 zł

UWAGA!!!!! W cenie niedzielnych zajęć wstęp na praktykę, którą poprowadzą Jose i Vicky oraz milongę z DJ Jose

Z kartą caminito -10%

Zapisy w parach na adres: caminito@o2.pl

Tel. 691-52-45-57

695-61-28-33

Milonga i praktyka wyjątkowo:

17:30-18:30 Praktyka
18:30-22:00 Milonga

Dla pozostałych uczestników zabawy (którzy z przyczyn wyższych muszą zrezygnować z niedzielenych zajęć) ceny jak zawsze:

Praktyka 10 zł
Milonga 15 zł (do 19:00 – 10 zł)
z kartą caminito – 5
Zapraszamy!

pokaz Josego i Vicky w comme il faut

Towarzystwo Comme Il Faut  ma zaszczyt zaprosić Szanownych Państwa na pokaz sławnych, pięknych i wspaniałych – w najbliższą niedzielę zatańczą niezrównani Jose Halfon i Vicky Cutillo!  Perełkami argentyńskiego geniuszu muzycznego uraczy nas DJ Mateusz. No lo pierdes!

17:00-18:00 Praktyka
18:00-21:30 Milonga
Wstęp:

Praktyka 10 zł
Milonga 20 zł
z kartą caminito – 5
Zapraszamy!

Jose i Vicky kontratakują!

O tej parze argentyńskich tancerzy, do których zapałaliśmy gorącym afektem w czasie naszej pierwszej podróży do Buenos Aires, o tych nauczycielach, którzy stali się jednymi z najulubieńszych i najbardziej popularnych w Polsce (trudno zliczyć ich fanów zwłaszcza z Warszawy i Krakowa) napisaliśmy już sporo.

Aby się nie powtarzać (i odeprzeć ewentualne posądzenia o stronniczość) tym razem głos oddamy innym (w tym wypadku Monice i Przemkowi Mielcarkom):

„Jose Halfon i Virginia Cutillo to nasi całkowicie ukochani mistrzowie tanga ze światowej stolicy tanga! Jeżeli chodzi o technikę, zwrócili nasząuwagę nader elastycznym kontaktem w parze, jak również tym, że w tańcu wyglądają według nas pięknie. Jest to jedna z nielicznych par, której można zrobić zdjęcie w dowolnym momencie ich tańca i zawsze zdjęcie będzie świetne. Swoje tango tańczą głównie w bliskim trzymaniu, jednakże z gibkością i dynamiką tango nuevo! Jose i Virginia mają niezmiernie wyraźnie i klarownie ustalony system, podług którego tańczą tango oraz tanga nauczają. Implikuje to, że niemal zawsze, na każde zagadnienie, znajdzie się odpowiedź. Świetne są zajęcia grupowe i kursy tanga, w czasie których rzeczywiście pracują i starają się udzielić pomocy wszystkim ćwiczącym, pomagają również nieproszeni (to także rzadkie i moim zdaniem niezmiernie pozytywne), choreografie, które wymyślają są zawsze nadzwyczaj zapierające dech, ale całkiem możliwe do powtórzenia nawet na milondze, a w dodatku, niejako w oderwaniu od tych układów, w ciele zostaje technika ruchu. Na zakończenie – oboje są „anty-toksyczni”. Są przecież dobrzy technicznie i merytorycznie nauczyciele tanga, którzy samym swoim postępowaniem wprowadzają nerwową atmosferę na kursach – jak dla mnie takie zajęcia są na ogół ostatnimi. Virginia i Jose są takich nauczycieli odwrotnością. Nauka tanga z nimi to czysta przyjemność.” http://www.tangoquerido.pl/virginia-cutillo-jose-halfon.html

Słowem, pary tej reklamować nie trzeba.

Od końca kwietnia do początków czerwca Jose i Vivky będą w Polsce. Zapraszają na dwa  tangowe obozy (w Kudowie i w Zakopanem  https://www.facebook.com/events/155233331256286/) a także na warsztaty w Gdańsku (1-3 czerwca) i w Warszawie.

Oto wstępny program warsztatów warszawskich:

Piątek, 11 maja

19:45 Gancha proste i złożone (partnera i partnerki)

21:15  Obroty z enrosques i ozdobnikami dla partnerki

—————————————————————————————

Sobota 12 maja

12:00:13:30  Technika dla panów (UWAGA!!!! Zajęcia odbywają się w klubie Equilibrium al. Niepodległości 147)

12:00-13:30  Technika dla pań

13:45-15:15 Volea i voleomania

19:30-21:00

Skoki i podniesienia

—————————————————————————————–

 Niedziela 13 maja

12:00-13:30  Tango walc

13:45-15:15   Ruchy spiralne (espiralados)

Zajęcia mają charakter open level

Ceny (dla jednej osoby)

- 1 zajęcia 70 zł

2-3 zajęcia 65 zł

4-6- 60 złotych

7 zajęć – 385

Z kartą caminito -10%

Zapisy w parach

Wszystkie zajęcia z wyjątkiem techniki dla panów odbywają się w Sali Teatralnej przy ul. Narbutta 14. Lokalizację techniki dla panów podamy wkrótce.

Zapisy: caminito@o2.pl

Tel. 691-52-45-57

695-61-28-33

Zapraszamy!

comme il faut 29 kwietnia i praktyka 3 maja

Drodzy,

29 kwietnia milongi Comme Il Faut nie będzie, grupa rusza na leże wiosenne do Kudowy. Zapraszamy serdecznie 6 maja, wtedy sobie powetujemy za wszystkie czasy!!!!

Gdyby komuś ckniło się jednak za tangowymi harcami podczas majowych wakacji i gdyby ów nieborak co gorsza zostawał w stolicy, zapraszamy w czwartek  3 maja o g. 19.45 na darmową praktykę pod naszym czułym okiem. Jak zawsze Narbutta 14, bajlować bedziemy do 22.30, może chwilę dłużej, będa i tanga, i milongi. Wstęp wolny dla wszystkich absolutnie,

zapraszamy!

Chcesz z nami chodzić?

Wielu argentyńskich mistrzów (od Geraldine Rojas aż po Julia Balmacedę), wspominając początki swojej przygody z tangiem, zaznacza, że przez pierwsze miesiące ćwiczyli tylko caminatę, krążąc niestrudzenie wokół parkietu. Rzeczywiście,  w tangu samo „proste” chodzenie jest elementem najtrudniejszym, dobrego tancerza najłatwiej rozpoznać właśnie po jakości caminaty, z kolei wielu zaawansowanych tancerzy, bez trudu wykonujących bez mała akrobatyczne figury z chodzeniem miewa poważne problemy.

Dlatego też zapraszamy na cztery zajęcia poświęcone wyłącznie chodzeniu (i sprawom z nim związanym). Będziemy zatem ćwiczyć, niespiesznie, ale gruntownie, technikę „pracy z podłogą” (czym właściwie jest owo „odpychanie się”, na które zwracają uwagę wszyscy dobrzy nauczyciele),    prawidłową postawę, objęcie, kontakt w parze, przekazywanie  i odbieranie impulsów, projekcję, wykorzystanie ciężaru, układanie  stóp.  W dalszej kolejności poćwiczymy zmiany dynamiki i rytmu, zwolnienia i synkopy w caminacie, chodzenie po kole i z boku partnerki, ozdobniki i „alternatywne” caminaty.

Zajęcia są całkowicie open level. Zapraszamy zarówno tancerzy z wieloletnim stażem jak i osoby tańczące dopiero od kilku miesięcy. Każdy z nas może poprawić jakość swojego tańca!

Czwartki 21.15, Narbutta 14

Ruszamy 10 maja

Cena: 40 zł od osoby za pojedynczą lekcję, 120 zł za 4 zajęcia.

Zapisy w parach.

Piszcie na adres: caminito@o2.pl

PS. W najbliższy czwartek ostatnie zajęcia z milongi, z nowym kursem milo ruszamy w październiku

Mateusz w gronie

Mateusz w zacnym gronie gotów jest dać z siebie wszystko! Przybywajcie do Equilibrium już dziś wieczorem!  Niepodległosci 147, muzyczna rakieta wystrzeli o 20.30

Latka lecą

Pan Kwaterko jak zwykle opisuje swoje stany ducha, co już dawno przestało interesować nawet jego najbliższą rodzinę, co dopiero mówić o światowych czytelnikach – a zwłaszcza czytelniczkach – caminitopl. Nie jesteśmy jakąś tam psychoanalityczną odmianą Pudelka, mamy szczytną misję do spełnienia, staramy się wychowywać, kształtować, kaganek oświaty nieść, czytelniczą żądzę wiedzy i poznawcze potrzeby zaspokajać. Poruszać sprawy fundamentalne, kwestie o  znaczeniu, nie bójmy się tego słowa  powszechnodziejowym. I tym się właśnie dziś, droga dziatwo, zajmiemy.

Kiedyśmy wylądowali za Wielką Wodą po raz pierwszy, moje krótkie spodenki wywoływały takie emocje, że – proszę wybaczyć mocne słowo – dziwki za mną gwizdały na ulicy. Wot i wuala! Za dawnych czasów Opatrzność pozwalała dziewczętom rozbierać się od góry, za to doprawdy tak śmiało, że widać było kolana, jak mawiała moja babcia. Nogi były natomiast absolutnym tabu, spódnica do kolan (po prawdzie z rozporkiem do ucha) na milo to jedenaste przykazanie tanguery, którego strzegła jak jastrząb matrona imprezy. A dziś, proszę bardzo – luz pas. Już dwa lata temu zauważyłam, że Noelia wywija z Chicho w la Viru w jeansowych spodenkach typu stringi owinięta jakąś błękitną firanką, budząc tym samym entuzjazm przedstawicieli płci obojga. Dziś pokaz w krótkich spodenkach lub mikrusiej falbance dookoła bioder to już sielanka i jakoś nie widać, żeby w stronę grzesznicy leciały cify i zgniłe alfajory (przedsmak nowej mody dała nam Gabi w Comme il Faut). I dobrze, ja i moja dłuższa połowa stanowczo jesteśmy za poszerzaniem obszaru widzialności, jak mawiał Rancière, również w sektorze długonożnym: przede wszystkim jawność!

Skoro już o  modzie mowa, na milo jak zawsze kolorowo, krótkie gatki i malusie opaski na biuście królują w miejscach typu Yeite albo la Viru, w Canningu ciągle jeszcze statecznie wkładamy pobożne spódnice, choć i tu rosyjskie jaskółki wiosnę czynią, a upały w zakresie mody męskiej przyczyniły się do niejakiego rozprzężenia:

Z babuchy w typie krok w kolanie już dawno myszy zrobiły sobie potrawkę, ale pojawiły się w to miejsce paskudne bryczesy, na których uroki śliczniejsza połowa caminito wykazuje na szczęście doskonałą odporność, brrrr…. Ciągle jeszcze dobrze się mają nieśmiertelne tuniki i bawełniane gacie. I wreszcie – nowość, warto się pokazać w stroju Pocahontas z pseudoetnicznymi malunkami Azteków i frędzlami wszędzie, wszędzie, można też  niespodziewanie odnaleźć się wśród gustownych ażurków i dzierganek, no to szydełko w dłoń! Ora et labobora! [W imieniu wszystkich chłopców urodzonych w dekadzie ’70, których wyobraźnię erotyczną kształtowały (oprócz filmu Pociągi pod specjalnym nadzorem, rzecz jasna) westymentarne preferencje co seksowniejszych cioć i matczynych koleżanek, w imieniu, jak rzekłem, tego wspaniałego pokolenia: ażurkom i dziergarkom mówię stanowcze tak! M.K.]

lato zaskoczyło drogowców

Wolałbym się podzielić z czytelnikami doniosłą  refleksją na temat kryteriów oceny muzyki puszczanej na milongach (złożyłem taką obietnicę przed wyjazdem),  już nawet przystąpiłem do redagowania rzeczonego tekstu; niestety,  Kasia bzdurnie mniema, że powinniśmy latać na 4 lekcje dziennie, w przerwach zaś ćwiczyć jakieś podniebne akrobacje miast wypełniać naszą prawdziwą misję, jaką jest, rzecz jasna, przytłaczanie czytelnika ciężarem naszych wiekopomnych i jakże gruntownych przemyśleń. Tak więc na razie, dziubasku, musisz się obejść smakiem i zadowolić się marną przystawką w postaci zgoła niesystematycznych i nieuporządkowanych uwag,  innymi słowy zwykłym pitoleniem.

A więc tak: lato znów zaskoczyło drogowców. Odkąd migrujemy tu na zimę  co roku nadchodzi dzień,  w którym zatroskani telewizyjni prezenterzy, ścierając batystowymi chusteczkami pot ze spracowanych i zatroskanych czół, oznajmią publice, że w mieście panuje upał, niespotykany od czasów, gdy po pampie wesoło kicały dinozaury. Jeszcze ani razu się nie zawiedliśmy, w tym roku mamy już tę przyjemność zaliczoną. Dwa dni te muy sensacion termica (czyli termiczne sensacje) wyniosły ponoć 40,3 stopni w skali pana Celsjusza. Piękny zaiste wynik! Lokalsi snują się smętnie ulicami, skamląc żałośnie o kawałek cienia: „Que calor insoportable!” – jęczą – co  wytrawny iberysta przełożyłby tak: „grzeje jak w Kieleckiem”.  Jeśli dodać do tego, że ulubionym sportem argentyńskiej braci jest podkręcanie  klimatyzacji (wciskają z zapamiętaniem pilota, usiłując osiągnąć 15 stopni, atoli wymarzony ów cel pozostaje  niedościgły: ekranik LCD nie chce wskazać mniej niż  18), a infrastruktura energetyczna przestarzała, nie trzeba  Edisona, by pojąć, dlaczego całe dzielnice pogrążają się systematycznie w egipskich ciemnościach, a muza na milongach milknie w najniestosowniejszych momentach.

Niedawno wróciłżem z techniki  dla kobiet „mujeres del tango”, gdziem się udał w nadziei udoskonalenia voleos (taki bowiem temat zapowiedziano). Okazało się, że jestem jedynym zakalcem w cieście, jedynym przedstawicielem męskiej fauny. Obok mnie w malutkiej salce  ćwiczyło 20 dzierlatek, z czego grubo (przepraszam za wyrażenie, wyjątkowo niestosowne w tym kontekście) ponad połowa z nich mogła się pochwalić fenomenalnymi wprost przymiotami (duchowymi zapewne również), których rozmiary były wprost odwrotnie proporcjonalnie  do ilości materiału zużytego na ich odzienie (panuje, jak się rzekło upał). Już samo to, przyznacie chyba,  wystarczyłoby z nawiązką, by na wiele dni pogrążyć w zamęcie najtęższego nawet filozofa. To jednak nie wszystko. Pod koniec zajęć  w przestrzeni, jak pamiętamy,  niewielkiej i chyba słabo wentylowanej, zaczął się unosić zapach przypominający charakterystyczną woń  szatni w technikum  sportowym. Tymczasem ja sam nie spociłem się jakoś szczególnie, na sali zaś innych cuchnących capów nie było. No wiec jak to? Cóż to a zagadka? Czyżby długonogie anioły miały gruczoły potowe? Niepodobna, a jednak. Mój światopogląd, uformowany we wczesnym dzieciństwie uważną lekturą romansów arturiańskich, legł w gruzach. Słowem, leżę i kwiczę.

[Pocenie się? Dziewczynki tego nie robią, cała ta obserwacja jest do chrzanu, musi upał spłatał Ci figla i dołożył się arcynieprzyjemną synestezją sensoryczną, było mnie zapytać, a nie farmazonami czernić ekran – K.]

By nie było, że o tangu ani słowa. Wczoraj byliśmy na stosunkowo młodej milondze (działa od września) ulokowanej  w pobliżu Gricel i Nino Bien, a więc daleko od naszego palermowego  gniazdka. Zwabiła nas ciekawość. Oto milonga organizowana przez… tangową orkiestrę. I to nie byle jaką, ale samą Misteriosę (primo voto Fervor de Buenos Aires). Tak zresztą nazywa się owa tajemnicza milonga.

Ściany kolorowe jak w Coco, podłoga zdecydowanie gorsza (pierwotnie cementowa posadzka nienadająca się do tańczenia, położono na niej jakieś szczepione utwardzane tektury, które sprawdzają się nienajgorzej, ale w konfrontacji z parkietem w Canningu musiałyby spłonąć ze wstydu). Najważniejszy jest jednak cotygodniowy występ Misteriosy, moim zdaniem najlepszej współczesnej kapelki tangowej. Stroną taneczną wydarzenia zajmują się Bruno i Mariangeles ściągając co tydzień parę dającą pokaz. Wczoraj był to mały  Rodriguez z nową partnerką, Natashą Lewinger. Oto próbka.

Nowy kurs dla (zupełnie) początkujących od 8 marca 2012

Od 8 marca 2012 zapraszamy na czwartkowe  zajęcia z tanga dla (zupełnie)  początkujących. Lekcje będą się odbywać w budynku  Teatralnym SP85 przy ul. Narbutta 14  w godzinach 19:45-21:15

Kliknij tu, aby zobaczyć fotostory „jak trafić”

Zajęcia potrwają do 5 lipca.

Cena: 100 zł miesięcznie (4 lekcje)  lub 320 zł za całość  (16 zajęć – 80 złoty taniej przy tej formie opłaty!).

Zapisy oraz dodatkowe informacje na caminito@o2.pl;  691-52-45-57; 695-61-28-33 (uwaga, do 5 marca jesteśmy w Buenos Aires, nieosiągalni telefonicznie, przed tą datą prosimy o kontakt mailowy).

Uprzejmie prosimy o przynoszenie na zajęcia obuwia na zmianę. Zalecamy buty na podeszwie skórzanej lub zamszowej (więcej informacji na ten temat na pierwszych zajęciach).

O nas: Tańczymy razem od 8 lat. Uczyliśmy się u najlepszych instruktorów w Polsce i w Europie. Pięciokrotnie wyjeżdżaliśmy już na intensywne, półtoramiesięczne, treningi do Buenos Aires, gdzie uczestniczyliśmy w warsztatach i lekcjach grupowych oraz prywatnych u najwybitniejszych mistrzów tanga. Od pięciu  lat prowadzimy w Warszawie regularne zajęcia kursowe i specjalne warsztaty na wszystkich poziomach zaawansowania. Prowadzimy też warsztaty weekendowe w innych Polskich miastach (Kraków, Bielsko-Biała, Olsztyn), występowaliśmy  z pokazami i prowadziliśmy warsztaty na dwóch międzynarodowych festiwalach tanga (Wilno, Ryga). Co niedziela organizujemy milongę i praktykę Comme il Faut (obecnie w klubie Coco de Oro przy ul. Potockiej 14). Mateusz, jako tangowy DJ, puszczał też muzykę na największych festiwalach w Polsce, na sylwestrowej milondze we Wiedniu i na najlepszej milondze w Berlinie. Kasia prowadzi cieszące się wielką popularnością zajęcia z techniki dla kobiet.

rękopis znaleziony w musztardzie

Witaj mój blożku, stary wierny druhu, mruczący przyjacielu. Od lat się do mnie łasisz, strawy bogatej  łaknąc, za intelektualnymi biesiadami tęskniąc, do dawnych sympozjonów  wzdychając, a ja, z niegodziwej przewrotności, mentalnego kalectwa czy w  lenistwa bezsile karmię cię – sporadycznie  zresztą – mdłą leguminą ogłoszeń, papką zapowiedzi, botwinką zaproszeń na warsztaty… Wybacz, blożeczku kochany, wyrozumiałość okaż, łaskawco. W stolicy przetwórstwa wołowego jesteśmy już po raz piąty. Rutyna to słowo zbyt mocne, trudno jednak ukryć, że minęły bezpowrotnie czasy, gdy wszystko wydawało nam się nowe, świeże, jak ciepłe bułeczki pachnące, o natychmiastowy opis się dopraszające, lawinę refleksji i strumień myśli wzbudzające. Cóż nam dziś zostaje? Zabawa w „znajdź siedem różnic”, skrzętne odnotowywanie szczególików, pusta kronikarska sumienność , żmudne protokolanctwo? A fuj!

A może jednak?  Sumienne śledzenie mikroskopijnych  choćby zmian, najlżejszych fluktuacji,   najdrobniejszych wahań – oto droga godna prawdziwego naukowca.  Czyż Darwin zbudowałby swoją wielką teorię ewolucji, gdyby wzdragał się przed porównywaniem dziobków i upierzenia skrzydlatych obsrańców z wysp Galapagos? Arystoteles z fresku Rafaela przypomina koledze Platonowi, że  filozof godny tego miana nie może bujać w obłokach, winien stale nużać się w prochu codzienności. Choćby po to, by dostrzec i podnieść z ziemi zgubiony przez kogoś obol.

Obole… Nimi się właśnie zajmiemy w tej pierwszej odsłonie tegorocznego dzienniczka podróży.    Wieść gminna niesie a zięby (Darwina) ćwierkają, że dzięki dobrodziejstwom Lufthansy w lutym i marcu nasi rodacy planują zmasowany najazd na stolicę kalabasy. Polak zaś, choć po  sarmackim mieczu  odziedziczył naturę hulajduszy, hulaki  i niepoprawnego rozrzutnika, chłopskiej kądzieli zawdzięcza oszczędność, nieufność, chytrość i ogólne liczykrupstwo.  Oto więc temat, który wzbudzi zapewne największe zainteresowanie i zapewni nam należytą poczytność.

Dobrych nowin zasadniczo nie mamy. W ciągu ostatnich dwóch lat wszystko podrożało.  Niektóre rzeczy bardzo! Ponieważ inne nie podrożały aż tak, niektóre zaś pozostają nadal wyraźnie tańsze niż w sercu bliskiej ojczyźnie,   nie w ciemię bity rodak może tu prowadzić egzystencję, którą nie przyniesie wstydu swoim plebejskim antenatom.

A więc: rezygnujemy z restauracji. Skubane zrobiły się o wiele droższe niż w Warszawie (że o Krakowie, Wrocławiu  czy innym Grójcu nie wspomnę). Ochłapki mięska dla dwóch osób podlane  czymś na kształt wina w czymś co nie przypomina  dworcowej poczekalni we Włoszczowej to wydatek rzędu 120 zł. Minimum.  Pięć lat temu taki sam obiadek kosztował nas  złotych 30, co mówi samo za siebie.

Nie mamy wątpliwości, że tutejsi restauratorzy sprzysięgli się (pewnie z Tuskiem i Ruskiem), żeby wystrychnąć na dudka rodaka znad Wisły. Ale nie z nami takie numery, Bruno! Zorganizowaną gastronomię  poddajemy zdecydowanemu bojkotowi. Gotujemy w domu. Jeśli na wyposażeniu rzeczonego domostwa nie ma patelni grillowej nabywamy takową (cena od 60 zł w górę, drogo, ale pies ich trącał). Najlepiej kupić najtańszą, drogie i tak zaczną rdzewieć zanim zdążymy je donieść do domu (że o posmarowaniu oliwą nie wspomnę). Następnie udajemy się do rzeźnika. Tak: do rzeźnika.

W odróżnieniu od stosunków ekonomicznych panujących nad Bugiem tu im większy sklep tym droższy. Najtaniej jest w małych i delikatnie mówiąc niezbyt schludnych  warzywniakach, sklepikach mięsnych, z nabiałem  itd. Średnie ceny zapłacimy w średnio-czystych supermarketach, największe wydatki czekają nas zaś w hipermarketach, no ale jak ktoś chce się pławić w luksusie  i nie lubi widoku owadów z gatunku  zażelaznobramskiego biegających po regałach to już jego  broszka. U rzeźnika kupujemy więc  mięso nadające się na patelnię (plancha). Choćby odezwała się w  nas niebieska krew i kazała wybrać najdroższe lomo, porcja dla dwóch średnio żartych osób nie przekroczy raczej 25 zł. Do tego sałata, pomidor (jakieś grosze). I mamy bardzo smaczny, pożywny i tani obiadek. Szarpnijmy się jeszcze na jakiegoś Malbeca za dwie dychy (droższe też śmierdzą dębiną, tańszy mógłby się okazać niebezpieczny dla zdrowia) , żeby pożenić drzemiącego w nas Pawlaka z szalejącym w nas Kmicicem.

Et voila! Jak rzekłby kolega Achaval.

Zaraz, zaraz…  – przerwie nam w tym momencie Janusz T. lub inny wytrawny smakosz – sałata bez winegreta, wała sobie z nas robicie? Słusznie.

Cytryna i oliwa nie stanowią problemu (Argentyńczycy zrozumieli wreszcie, że rzepak może doskonale się  nadaje do napędzania traktorów, jeśli jednak chodzi o pozyskanie ciekłego tłuszczu roślinnego to są lepsze od niego surowce), z musztardą jest nadal tragedia i dramat  iście szekspirowski. Wprawdzie w tutejszych sklepach – lepszych – można kupić diżońskie musztardki (np. „Maille”), ale kosztują one 5 dych i smakują jak sarepska (identyczne a kupowane w  Warszawie kosztują wprawdzie  tylko 12 zł, ale ostatnio smakują tak samo!). Francuzi mają ten przykry zwyczaj, że sprzedając swoje markowe towary za granicę, bez wahania dostosowują je do – niezbyt wyrobionego, powiedzmy to sobie franchement - gustu tubylców.  Oszczędny, ale nie pozbawiony fantazji i smaku polaczyna nie ma więc innego wyboru  jak  lecieć do Argentyny przez Paryż i tam w duty free wepchnąć ukradkiem pod kontusz solidny antał  jakiejś  Moutarde de Meaux „Pommery”.

ciąg  dalszy nastąpi….

Następna strona »



Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.