Kryzys

Połowa pobytu za nami. Nie wiem, czy na wszystkich to tak działa, czy to moja osobista przypadłość, w każdym razie wczoraj przeżyłem lekkie załamanie i ogólne zniechęcenie tangiem (wyrazy otuchy i listy z wyzwiskami słać można na caminito@o2.pl. Chociaż, po namyśle… listy z wyzwiskami lepiej słać na jakikolwiek inny adres). Tak, wszystko zaczęło mi bokiem  wychodzić. Chodzimy na zajęcia trzy razy dziennie, a później na milongi (nawet Maria nie tańczy już tak pięknie jak na początku!). Miasta nie zwiedzamy, bo i po co (przecież już rok temu wszystko widzieliśmy, a w ogóle to nie ma na nic czasu). Wdrożony przez nas program oszczędnościowy sprawia, że zamiast krówkami (nastrajającymi człowieka przychylnie do świata i darzącymi jego tangowe centrum tak cenną energią), żywimy się makaronami, skazując na tę dietę  Anię i Kasię bis, które właśnie u nas koczują. A kluchy, jak sama nazwa wskazuje, na dokonania taneczne mają wpływ wydatnie ujemny.

No i upał. Trwa i trwa. Coraz bardziej upalny (ponoć absolutny rekord w BA)

No ale – powiecie niechybnie – nawet najbardziej kleisty upał, nawet najbardziej rozgotowane kluchy nie zdołałyby wszakże nadwątlić legendarnego  morale Caminito!  Słusznie. Wszystko to  betka.  Oto co było iskrą, która padła na proch naszego zniechęcenia. Poszliśmy na zajęcia z Farfaro i Lucią Mazer, które odbywają się przed Practicą X. Okazało się, że Farfaro nie jest Farfarem. To znaczy nie jest Ezequielem Farfarem (który na filmikach z „City” tudzież innych niezwykle nam się podobał) tylko Federikiem Farfarem (który podoba nam się o wiele mniej). To jeszcze, jak się miało okazać, pół biedy. Facet (a jego partnerka chyba również) był najwyraźniej naćpany. Chcę, żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie mam  nic przeciwko używkom, choćby najbardziej egzotycznym. Każdy sobie radzi z niedolami egzystencji jak może, dodając sobie animuszu, czym tam ma pod ręką.  Tym razem jednak moja tolerancja została wystawiona na ciężką próbę. Lekcja zaczęła się z 20 minutowym opóźnieniem, gdyż prowadzący długo się naradzali, co na niej zrobić. Później, przez kwadrans, pokazywali sekwencję – z minami całkowicie pozbawionymi wyrazu (jeśli pominąć wyraz skrajnej apatii), nie odzywając się przy tym ani słowem. Wreszcie wydusili z siebie lakoniczne „probamos?”.

Nie powiem, sekwencja była dość ciekawa, w miarę rozwoju zajęć nauczyciele wchodzili nawet w szczegóły. Ale wszystkich ogarnął już taki marazm, że nikt nie miał na nic ochoty (żeby nam się tak chciało, jak nam się nie chciało to ho, ho!). Nawet fakt, że  mogłem poćwiczyć przez chwilę z Mazer, nie pomógł mi się otrząsnąć z tego skrajnego stuporu.

Po godzinie prowadzącym zmienił się radykalnie nastrój. Federico zaczął się dość niepokojąco rechotać, niestety nie wtajemniczył nas w przedmiot swojej wesołości.  Pewnikiem zrozumiał jakiś zasłyszany przed lekcją dowcip.

Po lekcji zaczęła się practica. Widok tylu znakomitych tancerzy wykonujących serie colgad, volcad, barrid, sacad i tym podobnych wygibasów w sposób monotonny, skrajnie mechaniczny i zgoła niezwiązany z muzyką nie poprawił  mi humoru. Przeciwnie. Pogrążyłem się w ciemnej melancholii. W tym momencie sam bym się chętnie czymś naćpał. Kasi chyba też się to udzieliło. Zaczęliśmy tańczyć, ale już po dwóch minutach mięliśmy do siebie pretensje i jęliśmy na siebie pohukiwać. Uznawszy, że dalsza zabawa nie ma sensu, wróciliśmy do domu, słowem się po drodze nie odzywając.

Na szczęście rano, gdy tylko słoneczko uderzyło w szybkę złocistym promykiem,  wstąpiła w nas znów otucha. Lekcje z  Pablem i Daną były jak zawsze rewelacyjne. Ćwiczyliśmy bardzo niskie zejścia (bajar, mas bajo – pokrzykiwał co i raz Pablo), trudno się więc dziwić, że przypomniał mi się fragment „Piekła”:

„Więc gdy mdłe ciało odpoczynkiem wzmogę,

Znów po bezludnych progach stopy nużę,

Wciąż niżej mając wyprężoną nogę”.

I od razu poweselałem (dzieło to zawsze poprawia mi nastrój)

Mimo to nuevo – jak kluski – nam się przejadło. Od jutra (no dobrze, od pojutrza) radykalna zmiana klimatu! Jeśli nawet nie znajdziemy dobrych zajęć z salonu, to przynajmniej pożremy po dwa bife na łeb (a jeśli nie wierzycie, że jesteśmy do tego zdolni, to nie znacie możliwości Kasi!).

P.S. Otrzymaliśmy sygnały, że nasze niedole budzą w kraju niepokój. Otóż śpieszę uspokoić wzburzone umysły, raportując, że tango de salón nie zginie. Dzięki klonowaniu. Nie śledzę  prasy, ale obserwując tańczących na milongach zrozumiałem, że klonowanie istot ludzkich wreszcie się rozpoczęło.  Gdzie? Oczywiście w Japonii i na Tajwanie. Na milongach widzieliśmy już cztery niemal doskonałe klony Javiera Rodrigueza. Kudy do nich prototypom, które widzieliśmy rok temu! Klony są trochę innej barwy i nie nadążają za zmianami fryzur swojego wzorca, ale oprócz tego wszystko jest jak najbardziej corect. Nawet wybredne Argentynki dają się nabrać,  omdlewając w ich ramionach: nie zdają sobie  sprawy bidulki, że to jednak cholerne zagraniczne wyroby. A przecież te cztery klony (które mają też żeńskie odpowiedniki – starsze imitują do złudzenia Geraldine, a młodsze Andreę Misse) to zapewne dopiero pierwsza partia produkcyjna. Niebawem taśma ruszy pełną parą. A wtedy może jakiś JavierXYZ5876  pojawi się nawet nad Wisłą! Nie traćmy nadziei. Alleluja!

0 Responses to “Kryzys”



  1. Dodaj komentarz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s




Archiwum


%d blogerów lubi to: