Archiwum dla Luty 2008



Seminarium

Bogowie tanga pastwią się nad nami niemiłosiernie. Dziś rano* dobiła mnie informacja (wyszperana w internecie), że na owej feralnej Praktyce X, którą tak nieroztropnie i przedwcześnie opuściliśmy, wystąpić mieli Pablo Rodriguez i Noelia Hurtado, para, której wprawdzie nigdy nie widzieliśmy na żywo, ale, sądząc po filmach, prezentuje właśnie takie tango, jakie podoba nam się najbardziej.

Kiedy szykowaliśmy się do wyjazdu para ta znajdowała się na poczesnym miejscu naszej „listy wymarzonych nauczycieli”. Niestety, nigdzie nie znaleźliśmy informacji, że są w Buenos i uczą. Nawet miła pani, która rozdaje ulotki na wszystkich milongach i była dla mnie dotychczas wyrocznią w tego typu sprawach, stwierdziła, że Pabla R. od dawna nie widziała i nie może mi w żaden sposób pomóc. Znakomita lekcja u Oskyego, który najwyraźniej przejmuje schedę po ojcu (Oskar senior robi u niego czasami za asystenta, ale sam uczy już tylko w soboty) nieco pocerowała nasze zszargane nerwy. Po południu wybraliśmy się jeszcze na lekcję do Andresa Laza Moreno i Samanthy Dispari. Andres, jeden z ostatnich lokalnych (nieazjatyckich) reprezentantów Villa Urquiza pełną gębą, przywodzi na myśl wczesnego Javiera. A Samantha, szesnastoletni fenomen, do złudzenia przypomina Geraldine. Ona akurat ma do tego święte prawo, jest bowiem jej siostrą. Lekcja była rewelacyjna (proste rzeczy: krzyżyk, dwie sacady maglowane przez 1,5 godziny z wielkim naciskiem na jakość i estetykę wykonania), na zajęciach cztery pary, ale – kolejne rozczarowanie – Andres chyba pokłócił się właśnie z S., stwierdził bowiem lakonicznie, że „już jej nie będzie” i lekcję prowadził sam. Kolejny odcinek tangowej, argentyńskiej telenoweli.

Na zajęciach poznaliśmy ciekawą postać, Rajmunda – Polaka urodzonego w Kanadzie, mieszkającego od 13 lat w Hong Kongu i prezesa (o ile dobrze zrozumiałem do niedawna) tamtejszej Akademii Tanga. Rajmund oznajmił nam, że doskonale zna Pabla i Noelię i, gdy tylko Andres obwieści koniec zajęć, zamierza jechać do nich na lekcję.

„Jak kwiatki nagłym powarzone szronem,

Skulone gną się, a gdy je odbieli

Słońce wraz z czołem się wznoszą i łonem,

Tak samo we mnie otucha wystrzeli”

Wpadamy, podekscytowani, do Pabla i Noelii (lekcja właściwie pod naszym domem, ale w miejscu dobrze zakamuflowanym). Nauczyciele niezwykle mili. Tylko Pablo jakiś taki pączusiowaty, bardziej niż na filmikach. Powinno mi to dać do myślenia, ale wiem (szczęściem jeszcze nie z osobistego doświadczenia), że nauczyciele tanga potrafią sobie wyhodować brzuszek w rekordowym tempie: wspomniany Andres też wydaje się jakieś dwa razy bardziej obły niż na ekranie. Wątpliwości, wraz z kolejnymi minutami, mnożyły się i piętrzyły. Cała lekcja była w dalekim trzymaniu. Nauczyciele wprawdzie znakomicie interpretowali muzykę, ale ruszali się tak jakoś bardziej na modłę nuevo. Cóż, myślę sobie, kolejny szaniec zdobyty, uczniowie starych mistrzów z Sunderlandu – Carlosa i Rosy – zwycięzcy mundialu tango de salón, przerzucili się na nowoczesne hołubce. W myślach szykowałem już posępne  epitafium dla tradycyjnego tanga, szlifowałem frazy kwieciste a przejmujące, uderzałem w podniosły ton, darłem szaty. Na próżno.  Okazało się, że ci mili ludzie to Pablo Giorgini i Noelia Coletti. Nuewowcy, którzy głusi na muzykę z pewnością nie są.

Cóż, lekcja, skądinąd świetna,  kosztowała tylko 8 pesos, czyli jakieś 6 złotych (!), ale mimo to, jakbyśmy powiedzieli w kraju: „niesmak pozostał”. Czułem się trochę oszukany.

Od jutra* nie będziemy już mieli czasu myśleć o głupotach. Dziś z paromiesięcznego tournee po Europie wrócili nasi ulubieńcy sprzed roku, czyli José i Vicky. Zostają tylko kilka dni, przed udaniem się na wywczasy, więc chcemy u nich wziąć tyle lekcji prywatnych, ile się da. No i jutra idziemy też na parogodzinne „seminarium” z Aonikenem.
Będziemy się jednak bacznie rozglądać. Na ulicy spotkaliśmy już Alejandrę Mantiñan z facetem w bermudach targającym obleśną reklamówkę, który okazał się, uwaga… Juanem Carlosem Copesem.  W sklepie spotkaliśmy też Adriana Veredice i Alejandrę Hobert. Prędzej czy później dorwiemy Pabla R. i wszystko mu wygarniemy!

* Uwaga na użytek skrupulatnych czytelników. Kiedy piszę „dziś”, „jutro” – owe czasowe wyznaczniki odsyłają jedynie do samego aktu pisania, nie zaś do daty publikacji, a już z pewnością nie do momentu, w której czytelnik raczy się łaskawie zapoznawać z tymi wynurzeniami. Proszę mi zatem nie zadawać kłamu! Czytelnikom, którzy bardzo się nudzą, albo też wietrzą w tym wszystkim jakieś grubsze szachrajstwo, mogę jedynie polecić lekturę „Fenomenologii Ducha” (rozdział „Pewność zmysłowa czyli to oto i mniemanie”). Autor wyjaśnia te czasoprzestrzenne dziwactwa z właściwą sobie, nienaukowym, pedanterią.

Zgoda, trochę mnie poniosło, ale to wina Aonikena (u którego już byliśmy). Dotychczas zajęcia zwane tu „seminariami” tym tylko różniły się od lekcji – „classes” – że drożej kosztowały.  Ale Aoniken zafundował nam prawdziwe seminarium. Zajęcia trwały 2 godziny, z czego półtorej przypadło na wykład. Wykład był zapewne ciekawy, szkopuł w tym, że wiatraki w Villa Malcolm robiły tyle hałasu, że niewiele dało się usłyszeć. Nie przerywaliśmy jednak wykładowcy: wszyscy udawali, że słuchają w nabożnym skupieniu. Mówił w każdym razie z werwą i minę miał przy tym bardzo przekonującą.  Jest wpół do piątej rano. Pora spać. Jutro niedziela, czyli czeka nas błogosławiony odpoczynek od lekcji. Postaram się wykorzystać ten czas, żeby napisać – wreszcie – coś konkretnego. W każdym razie obiecuję: w najbliższym czasie kilka słów o Buenos Aires oraz krótki poradnik jak przetrwać na tutejszych milongach.

Kryzys

Połowa pobytu za nami. Nie wiem, czy na wszystkich to tak działa, czy to moja osobista przypadłość, w każdym razie wczoraj przeżyłem lekkie załamanie i ogólne zniechęcenie tangiem (wyrazy otuchy i listy z wyzwiskami słać można na caminito@o2.pl. Chociaż, po namyśle… listy z wyzwiskami lepiej słać na jakikolwiek inny adres). Tak, wszystko zaczęło mi bokiem  wychodzić. Chodzimy na zajęcia trzy razy dziennie, a później na milongi (nawet Maria nie tańczy już tak pięknie jak na początku!). Miasta nie zwiedzamy, bo i po co (przecież już rok temu wszystko widzieliśmy, a w ogóle to nie ma na nic czasu). Wdrożony przez nas program oszczędnościowy sprawia, że zamiast krówkami (nastrajającymi człowieka przychylnie do świata i darzącymi jego tangowe centrum tak cenną energią), żywimy się makaronami, skazując na tę dietę  Anię i Kasię bis, które właśnie u nas koczują. A kluchy, jak sama nazwa wskazuje, na dokonania taneczne mają wpływ wydatnie ujemny.

No i upał. Trwa i trwa. Coraz bardziej upalny (ponoć absolutny rekord w BA)

No ale – powiecie niechybnie – nawet najbardziej kleisty upał, nawet najbardziej rozgotowane kluchy nie zdołałyby wszakże nadwątlić legendarnego  morale Caminito!  Słusznie. Wszystko to  betka.  Oto co było iskrą, która padła na proch naszego zniechęcenia. Poszliśmy na zajęcia z Farfaro i Lucią Mazer, które odbywają się przed Practicą X. Okazało się, że Farfaro nie jest Farfarem. To znaczy nie jest Ezequielem Farfarem (który na filmikach z „City” tudzież innych niezwykle nam się podobał) tylko Federikiem Farfarem (który podoba nam się o wiele mniej). To jeszcze, jak się miało okazać, pół biedy. Facet (a jego partnerka chyba również) był najwyraźniej naćpany. Chcę, żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie mam  nic przeciwko używkom, choćby najbardziej egzotycznym. Każdy sobie radzi z niedolami egzystencji jak może, dodając sobie animuszu, czym tam ma pod ręką.  Tym razem jednak moja tolerancja została wystawiona na ciężką próbę. Lekcja zaczęła się z 20 minutowym opóźnieniem, gdyż prowadzący długo się naradzali, co na niej zrobić. Później, przez kwadrans, pokazywali sekwencję – z minami całkowicie pozbawionymi wyrazu (jeśli pominąć wyraz skrajnej apatii), nie odzywając się przy tym ani słowem. Wreszcie wydusili z siebie lakoniczne „probamos?”.

Nie powiem, sekwencja była dość ciekawa, w miarę rozwoju zajęć nauczyciele wchodzili nawet w szczegóły. Ale wszystkich ogarnął już taki marazm, że nikt nie miał na nic ochoty (żeby nam się tak chciało, jak nam się nie chciało to ho, ho!). Nawet fakt, że  mogłem poćwiczyć przez chwilę z Mazer, nie pomógł mi się otrząsnąć z tego skrajnego stuporu.

Po godzinie prowadzącym zmienił się radykalnie nastrój. Federico zaczął się dość niepokojąco rechotać, niestety nie wtajemniczył nas w przedmiot swojej wesołości.  Pewnikiem zrozumiał jakiś zasłyszany przed lekcją dowcip.

Po lekcji zaczęła się practica. Widok tylu znakomitych tancerzy wykonujących serie colgad, volcad, barrid, sacad i tym podobnych wygibasów w sposób monotonny, skrajnie mechaniczny i zgoła niezwiązany z muzyką nie poprawił  mi humoru. Przeciwnie. Pogrążyłem się w ciemnej melancholii. W tym momencie sam bym się chętnie czymś naćpał. Kasi chyba też się to udzieliło. Zaczęliśmy tańczyć, ale już po dwóch minutach mięliśmy do siebie pretensje i jęliśmy na siebie pohukiwać. Uznawszy, że dalsza zabawa nie ma sensu, wróciliśmy do domu, słowem się po drodze nie odzywając.

Na szczęście rano, gdy tylko słoneczko uderzyło w szybkę złocistym promykiem,  wstąpiła w nas znów otucha. Lekcje z  Pablem i Daną były jak zawsze rewelacyjne. Ćwiczyliśmy bardzo niskie zejścia (bajar, mas bajo – pokrzykiwał co i raz Pablo), trudno się więc dziwić, że przypomniał mi się fragment „Piekła”:

„Więc gdy mdłe ciało odpoczynkiem wzmogę,

Znów po bezludnych progach stopy nużę,

Wciąż niżej mając wyprężoną nogę”.

I od razu poweselałem (dzieło to zawsze poprawia mi nastrój)

Mimo to nuevo – jak kluski – nam się przejadło. Od jutra (no dobrze, od pojutrza) radykalna zmiana klimatu! Jeśli nawet nie znajdziemy dobrych zajęć z salonu, to przynajmniej pożremy po dwa bife na łeb (a jeśli nie wierzycie, że jesteśmy do tego zdolni, to nie znacie możliwości Kasi!).

P.S. Otrzymaliśmy sygnały, że nasze niedole budzą w kraju niepokój. Otóż śpieszę uspokoić wzburzone umysły, raportując, że tango de salón nie zginie. Dzięki klonowaniu. Nie śledzę  prasy, ale obserwując tańczących na milongach zrozumiałem, że klonowanie istot ludzkich wreszcie się rozpoczęło.  Gdzie? Oczywiście w Japonii i na Tajwanie. Na milongach widzieliśmy już cztery niemal doskonałe klony Javiera Rodrigueza. Kudy do nich prototypom, które widzieliśmy rok temu! Klony są trochę innej barwy i nie nadążają za zmianami fryzur swojego wzorca, ale oprócz tego wszystko jest jak najbardziej corect. Nawet wybredne Argentynki dają się nabrać,  omdlewając w ich ramionach: nie zdają sobie  sprawy bidulki, że to jednak cholerne zagraniczne wyroby. A przecież te cztery klony (które mają też żeńskie odpowiedniki – starsze imitują do złudzenia Geraldine, a młodsze Andreę Misse) to zapewne dopiero pierwsza partia produkcyjna. Niebawem taśma ruszy pełną parą. A wtedy może jakiś JavierXYZ5876  pojawi się nawet nad Wisłą! Nie traćmy nadziei. Alleluja!

Caminitka kontratakuje

Szczęśliwie nie wszystkie techniki dla kobiet są zatłoczone i nie wszystkie solipsystyczne (tancerka nie poświęca tłuszczy najmniejszej uwagi, zajęcia kieruje/ do swojego ja idealnego). Większość młodych nauczycielek wyciska z grupy siódme poty, tak że niekiedy wychodzę z technik ugotowana i uskrzydlona zarazem (trochę dziwny obraz blanszowanego kurczaka mi wyszedł, hmmm….). Cecilia Garcia (szkoła „Tango Brujo”, partnerka Godoya i Dorkasa) potrafi człowieka rozciągnąć, uplastycznić i zdziwić – niesamowite efekty, niesamowite zajęcia. Nie są to techniki w klasycznym znaczeniu, nie ćwiczymy ozdobniczków i elemencików, ale ruch i świadomość ciała. Cecylia to człowiek-guma, stawy nóg i biodra służą jej tylko do tego, żeby efektowniej zamieść stopą sufit, przypomina w tym Danę Frígoli i Alejandrę Hobert. Nie jest to jednak jej najważniejsza zaleta. Ma fantastyczne wyczucie tańca i zmysł zabawy. Zresztą popatrzcie sami:


Techniki dla kobiet prowadzone po bożemu znaleźć można w DNI. Tam systematycznie zmieniają się prowadzące, są dwa poziomy trudności. Uczestniczyłam w obu typach i zajęcia były wyśmienite. DNI rzeczywiście jest szkołą, a więc wszyscy mają mniej więcej te same metody uczenia i wszyscy tańczą w podobnym stylu. Tu się pracuje! Dziewczyny są pedantki i szczególary, ale mają złote poczucie proporcji. Jeśli kiedyś byłyście na zajęciach, na których udzielono wam naraz setki napomnień w sprawie łopatek, mostka, palca lewej stopy, prawego nadgarstka oraz górnej rzęsy (okraszonych jakże słusznym nakazem, żeby poruszać się naturalnie), i po wszystkich tych uwagach czułyście się jak Pinokio imitujący „Taniec z gwiazdami”, zaś wasze ciało wydawało wam się kłodą na drodze do tangowego szczęścia, to spieszę donieść, że dziewczyny z DNI tak błogosławionego toku zajęć unikają jak ognia. Wskazówki są proste, trafiają w sedno i naprawdę dotyczą poszczególnych przypadków. Człowiek-tancerka czuje się jak królowa balu, dla której specjalnie przygotowano feerie atrakcji. Kiedy trzeba, wprowadzają dodatkowe ćwiczenia. Nie pędzą z programem, który sobie ustaliły raz na zawsze i realizują z żelazną konsekwencją (nawet jeśli uczestniczki odpadły już na czwartym kilometrze). Silvia, Eugenia i Mariel się nie oszczędzają, pracują z każdą dziewczyną. Ruch, elastyczność, energia: Mariel wygląda na kogoś, kto nawet śpi dynamicznie. Zajęcia solidne pod każdym względem.

Po wielu bojach udało mi się znaleźć nauczycielkę hołdującą stylom bardziej tradycyjnym. Mateusz już wspominał o naszych niedolach, które można by zatytułować „w poszukiwaniu straconego tanga”. Trudno w pełni kanikuły upolować świetnych nauczycieli salón. Podejrzewam, że wszyscy balują sobie wesoło w Mar del Plata albo też na innych Hawajach. I w tej prostracji nawinęła się partnerka Carlosa Copellego – śliczna mała blondyneczka Silvana Nuñez, która wygląda jak klejnocik i jest, chyba można to tak ująć, niesamowicie milusia. Milusia ale i zasadnicza: „żywemu nie przepuści”. Warunki były doskonałe – ja i jeszcze trzy Argentynki (niższe ode mnie o pół głowy; już poczucie, że jestem wysoką niewiastą warte było ceny zapłaconej za zajęcia). Silvana skupia się na postawie, w nieskończoność powtarzałyśmy pozycje bioder w projección do tyłu i do przodu, ćwiczyłyśmy pracę stóp palec-śródstopie, przenosząc ciężar milimetr po milimetrze. Aktywny obcas i zgrabne układanie stóp. Ciężka harówka, żeby wyglądać jak motyl. Ale po lekcji można uciąć komarka.

Tako rzecze Caminitka

Pora by dorwała się do głosu zacniejsza część caminito: Maria i Maria, i jak ona oddycha! Patrzcie państwo, mogę zaryzykować tezę, że co najmniej połowa ludzkości oddycha, a z naszych czytelników niemal każdy, a jakoś tłumy wielbicieli z tego powodu na kolana nie padają. Wielkie rzeczy, stary Kacperski za rogiem też oddycha. Bo kurcze co! Najświętszą Panienkę by te codzienne peany od rana do nocy zgniewały. No, Maria tańczy jak łania, każdy ruch ma piękny, doskonały, skończony, ale żeby o tym zaraz pisać? Lepiej popatrzeć, jak tańczy, wpadajcie do Buenos i odnajdźcie to cudo.

Miałam rzeczowo i kompetentnie opisać techniki dla kobiet. Kompetentnie jak najbardziej, kompetencja to moje drugie imię, Ale rzeczowo??? A co by komu przyszło z opowieści o zamykaniu bioder, nie siadaniu na nodze itp.? Każdy to wie, a jak nie, to wcześniej czy później się dowie. Wolę opisać kiecki i buty nauczycielek. Przykro to stwierdzić, ale Cif króluje na pokazach i milongach, na co dzień jest jednak w odwodzie. Niepojęte!!! Wiele wody upłynęło, zanim ten problem rozgryzłam, nie mogłam wyjść ze zdumienia: doprawdy buciki śliczne jak dla królewny, a one nosem kręcą, kopnięte dziwadła. Jeszcze w Warszawie rozmawiałam o tym z Polą, a tu w Buenos omówiłyśmy to starannie z Luizą. Po wielu nieprzespanych nocach przyznaję im obu rację: Cif ma potwornie sztywne podeszwy, stopa w nich pracuje z trudem i przy forsownym używaniu śródstopia (techniki dla kobiet to setki ćwiczeń palec, śródstopie z obciążeniem) po dwóch-trzech godzinach stopy bolą niemiłosiernie. Ponieważ zdarza nam się tańczyć tu i 8 godzin, pognałam do Victorio, żeby obstalować sobie kapcie… Kudy im tam do boskich CiFów, ale proszę bardzo, mogę stać na śródstopiu latami.

No dobrze, zrugana przez szefa przystępuję do skrupulatnego zdawania sprawy z kobiecych zajęć. Otworzę sobie bloga „moje butki & kiecki” i figa, dam upust swoim filozoficznym skłonnościom.

Z technikami dla kobiet jest ten jeden szkopuł: ulubionym mistrzyniom często ani w głowie prowadzenie takich zajęć. Tak więc nie ma co śnić o technice u Luny Palacios (zobaczcie jej filmik z Aonikenem, a będziecie wiedzieć, o czym mówię) albo u Geraldine Rojas, nawet jeśli szczęśliwie zastałyście je w Buenos. Zresztą miałam przyjemność uczestniczyć w zajęciach Rojas-Paludi (czyt. Rochas-Paluchas) w Berlinie i były to zajęcia typu: „patrzcie, jak ja to ślicznie robię!”. Rzeczywiście było na co popatrzeć, za to prowadząca zerkała na grupę z lekkim zdziwieniem i obrzydzeniem, jakby się zastanawiała – ruszyć toto czy nie. Rozsądnie zrezygnowała z bezpośredniego kontaktu. Walnęła za to przemowę, że niedobrze jej się robi od tego całego gadania o centrum.

To zresztą częsty przypadek: tancerki, które cudownie tańczą, niezbyt cudownie uczą. Z różnych względów, u Aurory Lubiz potykałyśmy się o siebie w doborowym towarzystwie 40 Japonek na metr kwadratowy i ciężko było dojrzeć rąbek sukni prowadzącej. Milonguery starszego pokolenia mają zresztą dziwną skłonność do robienia techniki bez techniki, to znaczy ślicznie się ruszają, proponują wiele ozdobników, wprowadzają mniej lub bardziej skomplikowane ciągi kroczków i … nic właściwie z tego nie wynika dla techniki tańca. Już lepiej popatrzeć, jak tańczą w objęciach takiego Hugo Daniela dla przykładu.

Większość z technik nie wychodzi poza repertuar podstawowy: chodzenie, ocho, voleo. No i oczywiście kameralny koncert ozdobników, niezbyt zresztą wyszukanych. Ważne nie co, ale jak – hier ist der Hund begraben – jak mawiają Francuzi. Byłam na czymś strasznym u Virginii Pandolfi (obecna partnerka Peralty), była to wojna pozycyjna: ćwiczyłyśmy voleo adelante w ten oto sposób, że stojąc jak słupy kopałyśmy się w nogę jak najwyżej. Zabawa może przednia (choć bardziej rozrywkowo byłoby już kopać koleżankę: tu czuję się odważna jak lew, większość Argentynek by mnie nie nalała, takie maluchy!), ale do voleo mająca się jak pięść do nosa. Nie wiem, jak reszta ludzkości, ale akuratnie my z Salasem (tekst niebawem na stronie caminito) sądzimy, ze voleo robi się z ruchu i należałoby je ćwiczyć w parze. Postanowiłam opanować nieprzyjazne myśli i słowa, które cisnęły mi się pod adresem prowadzącej, i najuprzejmiej w świecie kopać się w nogę z myślą, że ćwiczę równowagę. Oby Cifu więcej nie oglądała!

Na osłodę. Luna z Aonikenem:

Nihil nuevo sub sole?

Wymieniając nauczycieli nuevo zapomniałem o jednej kategorii. O radykalnych reformatorach, wściekłych rewolucjonistach, dalekowzrocznych utopistach (bez bokobrodów), słowem, o kwiecie tangowej awangardy. Przyznam od razu, że ten ludek budzi we mnie mieszane uczucia. Jako że nie ukończyłem (poza trzyletnim kursem u Poli i Janka) żadnej szkoły tańca i nie mam właściwie pojęcia o technikach tańca klasycznego, wyrazistego czy współczesnego patrzę na to zjawisko mętnym okiem laika; nie jestem nawet pewien, czy właściwie odczytuję ambitne intencje i karkołomne zamierzenia tych śmiałych proroków. Wydaje mi się jednak, że inkorporując do tanga najprzeróżniejsze techniki zarówno taneczne jak i pozataneczne (Joga, pilates, tai chi…) dążą oni do utworzenia czegoś w rodzaju tańca uniwersalnego, opartego na świadomości ruchu i anatomii, a więc swoistego tańca „naturalnego” i do bólu logicznego. Tańca fusion, w którym punktem wyjścia byłaby świadomość ciała, a nie muzyka (i dlatego też nadającego się do interpretacji każdej lub bez mała każdej muzyki). Główni przedstawiciele tego nurtu? Chyba przede wszystkim Cecilia Garcia i jej partner Santiago Dorkas (ale kilka nazwisk – głównie innych partnerów Cecylii i partnerek Dorkasa) można by jeszcze dorzucić. W porównaniu z ich umiejętnościami, to co robią inni nuewowcy wydaje się przedszkolem (może poza kilkoma wyjątkami, typu Pablo i Dana, którzy też mogą się zresztą pochwalić solidnym backgroundem tanecznym, różnymi szkołami baletowymi itd.). A mają oni po 20 lat!

A więc tak. Przyznaję. Chodzę do nich na zajęcia. Początkowo broniłem się rękoma i nogami, ale Kasia się uparła i mnie wyciągnęła. Nie żałuję. Opiszę jedną z lekcji, żeby dać drogim czytelnikom choćby mgliste wyobrażenie o tym, co się w tym Buenos wyprawia. Faceci mieli sami nie tańczyć i prowadzić partnerkę wyłącznie rękoma. Najpierw skupialiśmy się na zabawie jej osią poziomą, później pionową. Wreszcie obiema na raz. W którym momencie łamiemy jej oś? Co się stanie, jak zrobimy to ruchem prostym, a co jak kolistym? A wreszcie sprężynowym? W końcu zaczęliśmy szukać kolejnych osi (takich jak nadgarstki, łokcie, szyja, kolana…) i się nimi bawić. Było to, po pierwsze, bardzo ciekawe. Po drugie zaś, gdy tańczyliśmy (już normalnie) pod koniec lekcji, okazało się, że mogę prowadzić wysokość volea partnerki z dokładnością co do centymetra (choć na lekcji nie było o tym mowy). No i mieliśmy wrażenie, że czas się rozciągnął, każdy ruch mogliśmy wykonać dokładnie, precyzyjnie, nie spiesząc się.

Czemuż więc wspomniałem, że mam mieszanie uczucia?

Z bardzo prostego względu. Większości moich zmysłów tango „tradycyjne” podoba się o wiele bardziej. Młodzi zaś, z nielicznymi wyjątkami, tańczą nuevo. Najlepsi, rozkładając elementy tanga na czynniki pierwsze i rekonstruując później taniec w oryginalny sposób (w gruncie rzeczy o to właśnie chodzi w nuevo), zapędzają się coraz dalej. W tym sezonie modne są coraz wymyślniejsze soltady, czyli zmiany trzymania (np. prowadzenie skomplikowanego voleo naciskiem na ramię partnerki). No i komu to i na co potrzebne? Dokąd to, panie dzieju, zmierza? Wiadomo, że nic nie zatrzyma postępu. Ale mimo wszystko: strach się bać!

Aby nie być (jak dotychczas) gołosłownym – filmik. W rolach głównych Santiago Dorkas i Ciça Camargo.

Nuevo

Jest trzecia w nocy. Temperatura za oknem ok. 25 stopni, a w mieszkaniu sauna. Zazwyczaj włączam klimatyzację na kilka minut przed pójściem spać, to wystarcza, żeby przyjemnie schłodzić sypialnię. Ale Kasia już zasnęła; jest odrobinę przeziębiona, więc nie chcę jej wystawiać na szok termiczny. Bezsenność wykorzystam więc na spisanie kilku uwag na temat tutejszych zajęć.

Jak już wspominałem trudno znaleźć fajne zajęcia z purystycznego salonu. Po pierwsze, na takich zajęciach jest zwykle zdecydowana przewaga początkujących tancerzy. Po drugie, nauczyciele uczą przeważnie figur, niewiele uwagi przywiązując do techniki. Tak więc, mając już opanowane pewne podstawy, z niemal równym (nie)powodzeniem można się nauczyć tego samego, podglądając filmiki.

Na zajęciach z nuevo (dla zaawansowanych) poziom uczniów jest zdecydowanie wyższy. Chociaż… No dobrze, muszę się podzielić z czytelniczkami planującymi wyjazd do Buenos smutnym uściśleniem. Ten wyższy poziom dotyczy głównie tancerek. Większość facetów chodzących na zajęcia radzi sobie nietęgo (niezależnie od deklarowanego poziomu zajęć). Zaletą szkoły Pabla i Dany, czyli DNI, jest to, że w zajęciach często uczestniczą inni nauczyciele i asystenci. Trzeba się tylko wykazać odrobiną siły przebicia (również w dosłownym znaczeniu tego wyrażenia), żeby się do nich dopchać i z nimi ćwiczyć.

Rok temu jechaliśmy do Buenos z zamiarem ćwiczenia u „starych milongueros”. Wypróbowaliśmy kilku i szybko daliśmy za wygraną. Były to bowiem zajęcia typu: „patrzcie i róbcie jak ja”. Przy czym takiemu nauczycielowi rzadko zdarzało się demonstrować to samo dwa razy z rzędu. Pokazywał skomplikowaną kombinację dziesięciu kroczków. Wszyscy patrzyli z rozdziawionymi gębami. Dziwił się, że nikt nie załapał, godził się z niechęcią powtórzyć swój pokaz… i pokazywał coś zupełnie innego (i niemniej złożonego). Jeśli komuś udało się coś z grubsza zajarzyć i wykonać, nauczyciel był przeszczęśliwy, niezależnie od jakości wykonania. Żadnych poprawek, wskazówek, jak można coś wygładzić. Zero techniki. Zdarzało się nawet, że samemu prowadzącemu coś nie wychodziło i rugał własną partnerkę (np. tak znakomitą tancerkę jak Luna Palacios), że nie zapamiętała sekwencji!

Tak więc przerzuciliśmy się, chcąc nie chcąc, na zajęcia z nuevo i w tym roku też tak jakoś wypadło. Obiecywaliśmy sobie, że poszukamy jakieś pary młodych salonowców, ale jak dotąd takiego skarbu nie wygrzebaliśmy. Ja chodzę sam na zajęcia z Fabianem Peraltą – na wszystkie poziomy zaawansowania – przede wszystkim po to, by podejrzeć, czego uczy, w jakim tempie, jakie patenty dydaktyczne stosuje. Kasia biega do Silvany Nuñez, która, Kasia dixit, „jak spojrzeć na nią we właściwy sposób do złudzenia przypomina Andreę Misse”, cokolwiek to znaczy.

Nuewowcy są lepiej przygotowani od strony pedagogicznej. Ale też dzielą się na kilka kategorii.

Jedni pokazują skomplikowane figurki i ograniczają do minimum uwagi techniczne. Sprowadzają je do tego, co niezbędne, żeby dane hocki-klocki wyszły. Po półtorej godzinie ćwiczeń niektórym parom zaczyna się to rzeczywiście udawać i są wniebowzięte. Do tej kategorii zaliczyłbym Luisa, Hectora i Silvinę z DNI oraz Alejandra i Marisol.

Drudzy pokazują super skomplikowane figurki. Wszyscy się gapią, myśląc sobie: to się za Chiny Ludowe nie uda. A po pięciu minutach okazuje się, iż rzecz jest banalnie prosta. Do tej kategorii zaliczyłbym przede wszystkim Veredice i Hobert (gratuluję Poli i Jankowi pomysłu sprowadzenia ich latem). A także Sebastiana i Eugenię z DNI.

Trzecia kategoria. Nauczyciele, którzy pokazują bardzo skomplikowane rzeczy, kładąc jednocześnie silny nacisk na technikę (palce tak, ramię siak, oddech, centrum, pięta, łopatka, troczek dolny mięśni prostowników, brzusiec czołowy mięśnia potyliczno-czołowego…). Jeśli nawet po półtorej godziny zajęć nie wszystko wychodzi, to niektóre proste elementy zaczynają wychodzić o wiele ładniej i przyjemniej (nie tylko dla oka) niż przed zajęciami, tak iż człek modli się żarliwie, by tej zdobyczy nie utracić. Tutaj należy wymienić przede wszystkim Pabla i Danę.

Czwarta kategoria. Nauczyciele, którzy pokazują „prosty koncept”. Na przykład najzwyklejszą colgadę. Uczą, jak to zrobić lepiej i skuteczniej. Pod koniec zajęć przechodzą do rzeczy trudniejszych (zazwyczaj nie ma już jednak czasu, by je przećwiczyć) Przedstawicielami tego pożytecznego gatunku są dziewczyny z El Motivo.

Piąta kategoria (kontrowersyjna). Nauczyciele, którzy pokazują coś na pierwszy rzut oka prostego, co (jak nam się wydaje) umiemy doskonale. Początkowo rzecz wychodzi świetnie. Zaczynają się subtelności techniczne. Po półtorej godziny zajęć okazuje się, że już nam nic nie wychodzi. Jedni to lubią, inni mniej. Zdobywcą Oscara w tej kategorii jest dla mnie Pablo Inza (przynajmniej takie zajęcia prowadził w Berlinie).

Wreszcie ostatnia kategoria. Nauczyciele, którzy pokazują coś (trudnego lub łatwego), sami nienajlepiej sobie z tym radzą, wykonują rzecz siłowo i na słowo honoru; i nie mają bladego pojęcia jak nauczyć danej sztuczki. W Buenos na szczęście trafiliśmy tylko na jedną taka parę (w zeszłym roku): Gustavo Rosas z partnerką. Omijać z daleka!

Subiektywny ranking szkół i nauczycieli przedstawimy pod koniec pobytu. A już niebawem Kasia kompetentnie i drobiazgowo opisze lekcje z techniki dla kobiet.

Pora kończyć. Kasia się obudziła, przyczłapała somnambulicznie do salonu, ziewnęła i kazała zapuścić w sypialni klimatyzację…

Bojaźń i drżenie

Od niedzieli sporo się wydarzyło. Po pierwsze, tańczyłem z Maleną (przereklamowana). Po drugie, wyobraźcie sobie mili państwo, że wszedłem do sklepu (poleconego przez Luizę) i z marszu kupiłem dwie pary spodni i garnitur. Gdy kupujemy ciuchy dla Kasi to sprawa jest prosta. Mówię „fajne, bierzemy” i dziewczyna potulnie słucha, jak pan Bóg przykazał. Kiedy jednak kupuję coś dla siebie, o, wtedy zaczyna się hamletyzowanie, liczenie każdego grosza, słowem ogarnia mnie metafizyczna trwoga, bojaźń i drżenie. Krzycząc, że nie jestem żadnym Amerykaninem, Japończykiem czy Niemcem i zarabiam w marnych złotówkach, nie zaś w solidnej walucie, udało mi się utargować cenę z 1200 do 800 pesos, czyli nabyć tę cała garderobę za jakieś 650 złotych. Powinienem być zadowolony, ale w tej beczce miodu jest oczywiście łyżka dziegciu. Myślę sobie, że facet – wytrawny sprzedawca starej daty – pewnie i tak nabił mnie w butelkę i, mocniej przyciśnięty, opyliłby mi cały kram za 600 czy może nawet 500 pesos! Ba, za każdym razem, gdy zapewniał mnie, że „jest człowiekiem honoru” (a robił to kilkakrotnie), czułem, że mógł opuścić dodatkowe 50 pesiaków! Chodzę jak struty. Postanawiam nie iść dziś na milongę; pozostanę w domu, by pławić się do znudzenia w swoim merkantylnym zgorzknieniu.

Dziwactwa Argentyńczyków ciąg dalszy. Ostatnio na milondze w El Beso pewien dziadek, który tańczył z Kasią, zadał jej, usiłując podtrzymać rozmowę na początku utworu (w „czasie przeznaczonym na konwersacje”), zwalające z nóg pytanie: czy stadiony w Polsce są lepsze od tych w Rosji?

Kurtyna.


Archiwum