Archiwum dla Kwiecień 2008

Nowinki

Tak, wiem. Chwilowo niewiele się tu dzieje. Jest to jednak cisza przed burzą: przygotowujemy stronę internetową, która lada dzień winna ujrzeć wirtualne światło. Cierpliwości!

Wczoraj odbyła się pierwsza – po dłuższej przerwie – milonga „U artystów”. Wspominam o tym, gdyż była ona znakomitą odpowiedzią na nasz ślizgowy apel. Taki właśnie powinien być parkiet na milongach. Mamy nadzieję, że organizatorka nie da posłuchu wrażym siłom i nie zacznie go kalać zasypkami, nielicującymi z godnością prawdziwych milongueros.

Chciałbym poruszyć jeszcze jedną sprawę, o ileż istotniejszą. W Warszawie toczą się obecnie dyskusje na temat zagospodarowania brzegów Wisły. Znając mentalność naszych decydentów (i pomysły rodzimych urbanistów) byłbym skłonny się założyć, że nic z tego nie wyjdzie (lub też, owszem wyjdzie, ale tak, że aż strach się bać). Odkładając jednak na bok odarty ze złudzeń pesymizm, chciałbym podać pod dyskusję pewien pomysł. Otóż marzy mi się, by powstało u nas takie miejsce do tańczenia tanga, jakie istnieje chociażby nad paryską Sekwaną. Dla niezorientowanych: w jednym z tamtejszych parczków wybudowano dwie niecki – zwane „arenami” – wyłożone (o ile pamiętam) kaflami. W jednej niecce kolesie grają czasem na bębnach, w drugiej zaś w okresie letnim co noc tańczy się tango. Wiem, że Warszawa nie Paryż, na liryczne oświetlenie z przepływających bateaux-mouches nie mamy co liczyć, a nasza droga Wisełka zalatuje nieco mniej romantycznie, a bardziej dosłownie, niż modra Sekwana (choć pod tym względem idzie chyba stopniowo ku lepszemu).

Ale zważcie sami: czyż nie byłoby pięknie móc sobie pohulać co noc na świeżym powietrzu? I jakaż wspaniała by to była wizytówka (i reklama) naszego tanga!

Czy jest to projekt realistyczny? Pojęcia nie mam. Gdyby chodziło nam o ogrodzenie jakiegoś skwerku czy wybetonowanie placu zabaw załatwilibyśmy sprawę raz dwa. Ale stworzenie miejsca do tańca? Wszyscy będą się pukać w łeb. W warszawskim środowisku tangowym są jednak ludzie zdolni, rezolutni i pomysłowi. Wspólnymi siłami może zdołalibyśmy coś wskórać?

Można by na początek zorganizować wystawę fotografii milong pod chmurką z różnych miast (w tym naszych, warszawskich), żeby sprawę nagłośnić. Można redagować pisma, opatrywać je całym mnóstwem poważnych pieczątek czy ludycznych podpisów i słać je tam, gdzie lądują tego typu utwory. Można się opowiedzieć za wariantem kilkunieckowym i skumać się z kolegami salcowcami, żeby powalczyć wspólnie (przyjmując, że w razie czego możemy podzielić się nocami tygodnia). Można się gdzieś przykuć albo tamować ruch uliczny. Można wznosić gniewne okrzyki. Z samospaleń zrezygnujmy, by nie narażać się naszym przyjaciołom ekologom.

Możemy też sięgnąć po tajną, niszczycielską broń i spróbować wciągnąć w tę akcję ATA!

Gnuśne caminito z pewnością takiej kampanii nie pociągnie, nie ma też ambicji jej koordynowania. Rzuca ot tak pomysł, a jeśli znajdzie się więcej osób czy organizacji, którym się on spodoba, chętnie włączy się do działań w miarę swoich skromnych możliwości…

Co o tym myślicie?


Archiwum