Rocznica

W maju obchodzimy z Kasią rocznicę i nie chodzi o czterdziestolecie Maja ’68 – choć oczywiście wsławiliśmy się na tamtejszych barykadach – ale o początek naszych zabaw z tangiem. Pięć lat temu pojawiliśmy się po raz pierwszy w Offie na lekcji dla początkujących, którą prowadzili „pani Agnieszka” i „pan Tomek”, czyli Agnieszka Herbich i Tomasz Potocki. Po półgodzinnej lekcji zostaliśmy na milondze i, pamiętam do dziś, wykazaliśmy się wrodzonym wdziękiem i nielada talentem, bezskutecznie usiłując ominąć kosz na śmieci złośliwie stojący w rogu sali. Słowem, złapaliśmy bakcyla. Po miesiącu pęcznieliśmy z dumy, gdy udało nam się zatańczyć cały kawałek, wpadając na ludzi tylko ze trzy razy. Po dwóch miesiącach, pokrzepieni tym nieustannym pasmem sukcesów, ruszyliśmy na pierwszy warsztat z Argentyńczykiem (Miguelem Pla). Po trzech miesiącach nastąpił głęboki kryzys, albowiem muzyka, którą dotychczas po prostu lekceważyliśmy, zaczęła nam przeszkadzać. Następnie życiowe perypetie zmusiły nas do kilkumiesięcznej przerwy w tangu, po czym trafiliśmy do Pauliny i Janka, uczących w OKU, czyli niemal pod naszym domem. Po jakimś czasie muzyka zaczęła pomagać (Kasia straciła sporo zdrowia, rozrysowując mi jakieś tam takty na ósemki i szesnastki i powtarzając niezmordowanie pam pam pam pam, by zaspokoić moją przemożną potrzebę intelektualnego ogarnięcia tej kwestii!). Mniej więcej po roku, nowe epokowe odkrycie: pani S. Miller dowiodła nam, że jednak można tańczyć w bliskim trzymaniu. Minęły kolejne lata, wyjechaliśmy do Buenos, podbechtani przez Osky’ego przeszliśmy na ciemną stronę mocy – zaczęliśmy uczyć – ruszyliśmy do Buenos po raz wtóry…

Ale dość tych emeryckich wspominków.

O blaskach tanga nie ma co pisać: kto tańczy, ten wie, a kto nie tańczy, ten i tak nie zrozumie. Chciałbym natomiast rzec kilka słów o cieniach. Chodziło to za mną od pewnego czasu, rocznica jest dobrą okazją.

Nie wiem, czy dawniej było lepiej czy gorzej (kiedyś trzymaliśmy się bardziej z boku, teraz zaś, siłą rzeczy, więcej do nas dociera). Wiem natomiast jedno: obecnie atmosfera jest, delikatnie ujmując, nienajlepsza.

Tango – przynajmniej dla nas – to przede wszystkim zabawa (w szerokim słowa znaczeniu): czerpanie przyjemności z muzyki i tańca, sprawianie przyjemności partnerce/partnerowi, nawiązywanie znajomości, rozmawianie na milongach z ludźmi, picie, żartowanie, spędzanie czasu w miły i pogodny sposób. Do tego dochodzi pomaganie „młodszym” (co powinno być przyjemne i pożyteczne dla obu stron). No i wreszcie odrobinka życzliwości dla tych wszystkich, którzy dzielą z nami wspólne zamiłowanie.

Tylko tyle i aż tyle. Niestety, to tylko teoria i zbożne życzenia.

Mam wrażenie, że dla wielu osób tango stało się czymś śmiertelnie poważnym. To cudowne, jeśli taniec przeradza się w życiową pasję, ale gdy staje się źródłem wiecznych frustracji, generuje przemożną niechęć wobec lepiej tańczących i głęboką pogardę do tańczących gorzej, wtedy zaczynają się schody. Złośliwość, zjadliwość i głupota są zaraźliwe.

Kiedy słyszę dwie osoby „obrabiające” jakąś tancerkę słowami: „wygląda jak zużyta dziwka” lub „porusza się jak stara krowa” (to, niestety, autentyki!), najpierw popadam w osłupienie, a następnie zaczynam rozważać przerzucenie się na modelarstwo.

Kiedy widzę, jak siedzący „milongueros” patrzą na tańczące pary z miną, jakby ujrzeli psie łajno na samym środku szkarłatnego dywanu w pałacu Buckingham, zaczynam się gorączkowo rozglądać za wyjściem.

Kiedy dziewczyna tańcząca od kilku miesięcy (skądinąd wymiatająca tak, jak niegdyś „dwulatki”) zwierza mi się, że jakiś tangowy guru ochrzanił ją, że się nie rozwija, zmieszał ją z błotem i oznajmił, że nie nadaje się do tego sportu, mam wrażenie, że zaczyna nam dogrzewać i jest mi wstyd.

Kiedy widzę, że niektórzy uczą się już od roku i nie byli dotąd jeszcze na milondze (wpierw „muszą osiągnąć odpowiedni poziom, bo co inni powiedzą”), odnoszę wrażenie, że wszystko stoi na głowie.

Ba, tracę wiarę w ludzkości jutrzenkę świetlistą i pogrążam się w otchłaniach najciemniejszej mizantropii, gdy zauważam, że w czasie pokazów par polskich czy nawet zagranicznych (o niedostatecznie wyrobionych nazwiskach), tancerze od średniozaawansowanych wzwyż czują się zobowiązani siedzieć z nosem na kwintę i miną, jakby pożarli coś nieświeżego… Klaszczą, rzecz jasna, jedynie początkujący i uczniowie tych par, którzy, tym samym, wykazują się brakiem wyrobienia towarzyskiego. Przyjaciele tańczących par nie popełniają już takiego błędu i manifestują zniechęcenie na wyprzódki, aby udowodnić, że są wytrawnymi i w świecie bywałymi koneserami. Im tam nie zaimponuje byle co, chłopaki (i dziewczyny) znają się przecież na tangu.

Nie mogę też pojąć, czemu niektórzy zaawansowani stażem tancerze uważają zatańczenie (choćby nawet jednej tandy na całą milongę) z kimś mniej wyrobionym za dyshonor i skazę na swojej reputacji. Ciężko naśladować tych drani Argentyńczyków w tym, jak tańczą, dlatego też małpujemy Buenos jedynie w tym, co najgorsze: nie wymiatam jak Javier czy Rojas, ale im wyżej będę zadzierać nosa, tym bardziej się zbliżę do nich statusem (oczywiście w naszym grajdołku).

Denerwują mnie też antagonizmy między „tango-szychami”: obmawianie się nawzajem za plecami, by następnie, w sytuacjach bardziej oficjalnych, ćwiczyć szczere uśmiechy i prawić sobie dusery. Dajmy sobie z tym spokój! To właśnie nauczyciele, organizatorzy milong, członkowie ATA, zaawansowani tancerze itd. powinni się czuć najbardziej zobligowani do tworzenia dobrej atmosfery w środowisku. Możemy w tej lub innej osobie widzieć takie lub inne przywary czy braki, jeśli sprawa jest naprawdę poważna, rozmawiajmy o tym, choćby nawet publicznie, spierajmy się otwarcie i dyskutujmy zażarcie, ale pamiętajmy też, że każdy robi coś fajnego dla tanga. Starajmy się raczej mitygować krytykanckie zapędy ludzi niż je podsycać. Bo w końcu na parkiecie zostaniemy tylko my, a jest to wizja, delikatnie mówiąc, koszmarna.

Czemu to wszystko piszę? Otóż, po pierwsze, widzę, że w tym mieście tango, które kocham, zaczyna gnić. Po wtóre, wierzę głęboko, że tańczący tango są naprawdę w porządku. Wzięci osobno to sympatyczni, życzliwi, pomocni ludzie. Odbija nam dopiero w grupie. Dlatego też, jak sądzę, łatwo coś zmienić. Nie potrzeba do tego żadnego wysiłku, ciężkiej pracy nad sobą i tym podobnych dyrdymałek; nie powiem, że wystarczy odrobina dobrej woli, bo brzmi to ciotkowato, ale może zwykła racjonalna kalkulacja? Gdy obmawiamy, gdy patrzymy na ludzi z ukosa, gdy kogoś obsmarowujemy, możemy być pewni, że wróci to do nas rykoszetem. Dajemy bowiem przyzwolenie na to, by inni nas obsmarowywali, traktowali jak łajno i zniechęcali nas do tanga.

Nie twierdzę, że sam jestem bez winy. Trująca atmosfera mnie też zdołała zapewne podtruć. Jeśli komuś zalazłem za skórę, przepraszam. Jeśli ktoś mi za nią zalazł to… jeszcze się policzymy!

Rzadko się zdarza, że autor ma nadzieję, że to, co napisał – to zwykły stek bzdur. Tymczasem taką właśnie mam nadzieję. Jeśli, szanowni czytelnicy, uważacie, że opisane przez mnie ponure zjawiska wyssałem z palca, a atmosfera w „środowisku” jest znakomita – to rad jestem wielce, kajam się i, za Franciszkiem Villonem, konkluduję: „Ot, w puste wdałem się bajbaju”.

Jeśli jednak skłonni jesteście przyznać mi rację, choćby częściową, to nie zadowalajcie się jałowym utyskiwaniem. Trawestując pewnego niemieckiego filozofa: „Milongueros dość już narzekali na atmosferę panującą w środowisku. Teraz idzie o to, aby ją zmienić”.Rocznicowe pozdrowienia,

M. K.

6 Responses to “Rocznica”


  1. 1 ConanB :-) 24 Maj, 2008 o 7:26 pm

    Hmm, no to ja nie wiedziałam, że jest tak źle :-(.
    Jakieś drobne złośliwości, krótkie szpile, małobolesne kopniaki,
    to i owszem, można powiedzieć, że mieszczą się w naszych statystycznych normach. Ale, aż tak?
    Jeżeli Ty, niespotykanie spokojny ( na oko 🙂 ) człowiek, napisałeś tak emocjonalny tekst to znaczy, że żarty się skończyły.

    Nie wiem co możemy robić. Jedyne co mi przychodzi do głowy,
    to żeby mimo wszystko zachowywać się jak porządni ludzie. A to znaczy reagować i zwracać innym uwagę. Nawet za cenę naszego dobrego samopoczucia na milongach, bo oczywiście staniemy się czyimiś wrogami nr 1.
    Trudno.
    A jeśli będziemy konsekwentni to z czasem zaczną się czuć coraz gorzej tamci, nie my. Tanga nie da sie tańczyć w niesprzyjającej atmosferze.

    Może własnie dlatego, że mamy ( w zasadzie wszyscy ) podejście „a co mnie to…” dzieje się tak, a nie inaczej.
    W każdym razie, dobrze że o tym napisałeś. Twój tekst dał mi sporo do myślenia.

    Pozdrowienia (mk )

  2. 2 tb 26 Maj, 2008 o 10:59 am

    Kasiu, Mateuszu,
    przede wszystkim najlepszego z okazji rocznicy i wiele radości z tanga. Nie dajcie sobie jej odebrać, chociaż czasem trudno jest uwierzyć, że te złe trendy są nieistotne.

    Sam powoli poznaję środowisko i im więcej osób dostrzegam, spotykam, tym czasem trudniej mi nie zwracać uwagi na jakąś tępą polską zawiść i kręcenie nosem z każdego powodu. Na utyskiwania ludzi o tym, że ci czy tamci nice potrafią, a zaprasza się ich na warsztaty, loże szyderców na milongach etc etc…

    Na szczęście spotkalem wielu życzliwych i ciepłych ludzi, których mam autentyczną przyjemność spotykać na milongach. I myślę, że dopóki tacy będą, to tej przyjemności nic mi nie odbierze. Może czasem inni będą jedynie wpływać negatywnie na jej poziom. W każdym razie tango łączę nieodmiennie z kulturą, osobistą i kulturą bycia. Jeśli komuś brakuje tych cech, to trudno mu pomóc. A środowisko powinno się moim zdaniem opierać o wzajemny ludzki szacunek do drugiego człowieka i uważność.

    Wszystkim, sobie również, tego życzę. A wam kochani dziękuję za sympatyczne ciepło i otwartość. 🙂

    t.

  3. 3 magdalenaluk 1 czerwca, 2008 o 7:17 pm

    Właśnie z powodu tej atmosfery zaniechałam na jakiś czas nauki tanga. Mam nadzieje, że chęć do tańca powróci. Póki co planuje wyjazd do BA, mam nadzieje, że milongi tam różnią się nieco od naszych. Abrazo – Magda

  4. 4 AiW 3 czerwca, 2008 o 7:42 pm

    Zaczęłam uczyć się tańczyć tango, bo … jest wiele powodów i wszystkie równie po babsku egzaltowane. Wydawało mi się, że to bardzo hermetyczne i dla mnie dość przerażające towarzystwo. Nikt nie lubi ośmieszać się przed wyrafinowaną publicznością. Na szczęście trafiłam na Ciebie i Kasię i po kilku – można policzyć na palcach jednej ręki – lekcjach umierając wciąż ze strachu wychodzę z „miłosiernym”, który zechce ze mną zatańczyć na parkiet. Zaznaczam, że nie przejawiam zbytniego talentu. Raczej wprost przeciwnie. A zdażyło mi się zatańczyć z tymi wspaniałymi:przede wszystkim z tobą i z Radkiem – DZIĘKI!
    Poza tym jest Edyta, która przywitała mnie bardzo serdecznie na mojej pierwszej milondze w EQUILIBRIUM. I od razu się zaprzyjaźniłyśmy.
    A milonga „pod chmurką” była magiczna, na luzie i bezpretensjonalna.
    Przyznam, że ja też komentuję taniec tangueros, ale raczej z nabożnym podziwem. Przeważnie jednak siedzę z idiotycznym uśmiechem od ucha do ucha i się gapię.
    Może nie będzie tak źle?
    Naturą nam dostarcza tyle ciepła. Ściski i buziaki dla wszystkich znanych i nieznanych, zadowolonych i chwilowo skwaszonych.
    a.

  5. 5 Mira 6 czerwca, 2008 o 7:03 am

    Świetne wystąpienie zarówno w części wspomnień jak i opisu atmosfery naszej warszawskiej milongi ..
    Gratuluję otwatej przyłbicy Mati ..
    W pełni podzielam Twoje racje i ogólne odczucia ..
    Często zastanawiam się, dlaczego w stolicy panuje dziwna atmosfera na milongach .. Odczuwam ją od samego początku moich wszak nieczęstych przecież wizyt , ale trwa to już kilka długich lat i mam jakiś pogląd ..
    Nie czuję się wybitną tancerką , nie śmiem nawet pomyśeć o określeniu tangeritą .. Jestem zwolenniczką umiarkowania w ocenach zarówno siebie jak i innych .. Skromność winna towarzyszyć w dążeniu do zgłębiania tajników tanga ..
    Pocieszające Mati , iż w milongowym towarzystwie widuję osoby z podobnym do Ciebie podejściem do tematu .. Należą do mniejszości,
    jednak są i to już coś .. Należy się cieszyć z każdej jaskółki ..
    Chciałabym dożyć chwili, kiedy wejdę na milongę i poczuję spokój ducha i sprzyjającą atmosferę dla każdej „pokraki” , „krowy” czy innej „paskudy” .. To takie ważne dla rozwoju i przyszłości tanga w Warszawie , w Polsce.. Nie wchodźmy w szczegóły przyczyn kwasów wśród uczestników milong .. szkoda na to czasu …
    Wierzę, że nadejdzie sprzyjający klimat luzu , tolerancji i szacunku dla wszystkich , którzy przyszli w jednym przecież celu ..
    Milonga .. tango .. taniec .. zdrowy ruch .. uśmiech i życzliwość ..
    Dzięki takim ludziom jak Ty będzie to wkrótce możliwe ..
    Życzę sukcesów i do potańczenia Mati …

  6. 6 Hermina 6 czerwca, 2008 o 3:16 pm

    Ulżyło mi – bo wydawało mi się, że jestem w swoich spostrzeżeniach sama, że nie umiem się przystosować do panującej kultury w środowisku tangowym i że smutna prawda jest taka, że tango, nawet argentyńskie, to nadal poza i fałsz. Na początku byłam zachwycona tańcem i nie zwracałam uwagi na twarze przy stolikach. Z czasem zaczynałam dostrzegać, że nie wszyscy na milongach są mistrzami, ale wydawało mi się, że w każdej tancerce i w każdym tancerzu jest jakaś magia; magia, która przyciąga wzrok. Najważniejsza była radość i mogłam tak patrzeć na parkiet godzinami…

    Wreszcie odważyłam się wyjść na parkiet, żeby wiedzieć i zrozumieć więcej. Po jakimś czasie pojawiło się zaskoczenie, gdy przypadkiem usłyszałam, jak przy sąsiednim stoliku obgaduje się poszczególnych tancerzy. Potem kolejny i kolejny raz… Od tamtej pory miałam coraz mniej odwagi, coraz częściej nie mogłam skupić się na tangu, w końcu samo bywanie na milongach stało się bolesne i niemiłe. I jakoś trudno nadal się przemóc…

    Czy naprawdę tak trudno zachować odrobinę zrozumienia, tolerancji i zwykłej ludzkiej życzliwości??? Przecież kiedyś każdy z tych „znakomitych” tancerzy był początkującym. A nie zawsze brak postępów w tańcu jest wynikiem niechęci do nauki. Ale to chyba kwestia ludzi i charakterów – jeśli ktoś jest nastawiony na rywalizację, skorzysta z każdej okazji, by poczuć się lepiej i siebie dowartościować. Smutne to bardzo. Mam tylko nadzieję, że będą w Warszawie takie życzliwe, miłe miejsca, gdzie będzie się chciało przychodzić. Może już są…
    A za ten tekst bardzo dziękuję. Bo już myślałam czasami, że to ja jestem jakaś dziwna albo nadwrażliwa…


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s




Archiwum


%d blogerów lubi to: