U cioci na imieninach

Szanowna publiczność nigdy by nam nie wybaczyła, gdybyśmy nie poruszyli ważkiego tematu „co się w Buenos nosi”. Po długich rozważaniach i dyskusjach, rozstrzygnęłam spór o to, kto podejmie ów wątek, w najbardziej demokratyczny sposób, a więc powiedziałam mojej dłuższej połowie, że brak jej wyrobienia estetycznego i skoro nie ma jasnego stanowiska w sprawie wczesnorenesansowych poetów łacińskich, fatałaszkami zajmę się ja (zatkało go, wykorzystując swoją przewagę, dorwałam się do komputera, nie ma to jak przeciwnika ogłuszyć).
No to teraz sobie pohulam, moszczę się na taboreciku i lu panno Jadziu. Zacząć wypada od kwestii fundamentalnej. Ano w Buenos panuje na szczęście różnorodność. Staruszki w El Beso, (a pośród nich kilku młodziaków za staruszków przebranych) to jedna śpiewka, a styl la Viruty to druga. Nikt nie pierdyknąłby sobie kreacji od Diora w duchu „suknia wieczorowa na spotkanie z prezydentem Francji” w Villa Malcolm, chociaż Versace i Dolce Gabana, słodki włoski kicz w stylu pseudosportowym już by od biedy uszedł. Niewielu panów wyległoby na parkiet w Porteno y Bailarin w krótkich spodenkach, ale też i nie dziwota, skoro średnia oscyluje tam koło siedemdziesiątki – panowie w wieku bez mała matuzalemowym po ulicach też rzadko ganiają w krótkich gatkach. Żebyśmy uniknęli nieporozumień: młodzieńcy w hiphopowo-skejtowskich dżinsach pojawiają się wszędzie i nawet niezdobyte bramy Canningu ustępują przed nimi bez zgrzytu. Dziewczęta zbrojne pstrokato hipisowskimi sukniami (ostatnio Luna Palacios miała wystrzałową kieckę, jakbyś panie złączył dwie gigantyczne apaszki, na niej wszystko wygląda świetnie, Luna należy do szczęśliwego typu kobiet, które nawet w worze pokutnym pod Canossą wyglądałyby jak na paryskim wybiegu) często ustępują pola swoim siostrom w tunikach, babuchach lub szerokich, przesadnych, zabawnych i dziwacznie wiązanych spodniach (ponoć prosto z Ibizy). Zarówno porządne mieszczańskie koszule jak i kosmicznie odjazdowe fatałaszki zobaczycie zresztą na ulicach Buenos Aires, bo nie ma tu w większości przypadków wielkiej różnicy między strojami do tańca i do różańca. Nie znaczy to oczywiście, że na milongę do Caninigu, Niño Bien albo la Baldosy nie można się wybocić, oczywiście że tak, gwoli prawdy dodać jednak wypada, że nieodłączne rekwizyty polskiego tanga, a więc kabaretki, widziałam tu jedynie w teatrze (na jakiejś turystce), a boa – czyli kolejny tradycyjny rekwizyt – nigdzie.
Na jednej milo w Sunderlandzie (ścisła konserwa) spotykają się Noelia Hurtado z włosami upiętymi w finezyjny kok, bawełnianą sukieneczką przewiązaną w pasie szarfą jak z dziewiętnastowiecznych pocztówek przedstawiających panienki z pensji na letnim spacerze w Łazienkach, Mariana Montes odstawiona w ciuchy z włoskich butików w Moskwie z masą cekinów i błysków oraz Ceci – w szarej babuchy z lampasami i zwykłej trykotowej koszulce w fiolecie. Zresztą Cecylka to styl co się zowie. Podczas City, gdzie tańczy sporo pań ubranych w welurowe albo jedwabne sukienki jakby żywcem wyciągnięte z lat 30-tych, a niektóre ewidentnie nawiązujące do wzorów austrowęgierskich (jak mówiła moja cioteczna babcia Frania: „wystrojona jak kamienica na przyjazd cesarza”), Ceci wystąpiła w biało-zielonym spodnium powiewającym szarfami i sznurkami, a swoje biodra przyozdobiła firaną – wyglądała zjawiskowo. W Practice X natomiast tańczyła w romantycznej bladoróżowej sukienusi. Na ostatnią milo (a właściwie practikę) w la Virucie Godoy przyodział się w koszulę płócienną przypominającą zgrzebno–lniany styl Piasta Kołodzieja, a Julio Balmaceda w swojej wzorzystej koszuli mógłby śmiało królować w niejednym taborze cygańskim.

Strój jest starannie wystudiowany w przypadku pokazów. Ale linie graniczne nie przebiegają już tak prosto jak kiedyś. Mistrz eleganckiego salonu wbije się potulnie w garniaczek, gdy będzie tańczyć w La Baldosie czy Sunderlandzie, ale już w Canningu niekoniecznie, a w La Virucie, Villi Malcolm czy Practice X lub 8, aby uniknąć obciachu, wystąpi w samej koszuli mniej lub bardziej wysuniętej ze spodni. Albo w marynarce wprawdzie, ale do portek, które uszczęśliwiłyby każdego fana deskorolki.

Jaki stąd płynie wniosek, drogi czytelniku? Ano prosty, styl nie oscyluje między dwoma punktami: dyrektora PKO w Tczewie wystrojonego w Vistulę, koniecznie pod akrylowym krawatem i jakiegoś mitycznego pana w siatkowej koszulce, chama w sandałach i krótkich spodenkach, która to opozycja często wyjeżdża na naszym ukochanym forum. Znakomita większość miłośników elegancji (elegancji przeważnie rodem z PRL-owskiego biura: zapięta – na wszystkie guziki – wiśniowa marynarka rulez!), którzy z uporem godnym lepszej sprawy poprawiają sobie humor, pusząc się „jesteśmy elitą” (lub innymi duperelami), nakryłaby się kopytami, gdyby zobaczyła, jakie tatuaże kropnęli sobie ich uwielbiani mistrzowie. I nie chodzi tu o zdziczałą młodzież nuevo, ale o gwiazdy najelegantszego – nomen omen – salonu, takie jak Geraldine Rojas czy Luna Palacios. Miłośnicy garniaczków pewnie doskonale zdają sobie sprawę, że nie ma jednej elegancji i szanujący się artysta teatru (dajmy na to Jarzyna albo inny Lupa) na premierę w TR-ze ubierze się inaczej niż urzędnik na konferencję w sprawie dostaw kapsli. Wiedzą, że na czym innym polega elegancja odświętnego stroju łowickiego i najnowszej kolekcji u Ermanegilda Zegny. Inaczej na koncert wystroją się dziewczyny z Duldunga, a inaczej Anne Sophie Mutter, słowo. Jakoś im się to jednak nie przekłada na świat tanga. Chłopaki! Jak mawia moja bratanica: wyluzujcie poślady! Więcej relatywizmu kulturowego! Życie nie jest takie jak u cioci na imieninach, gdzie wszyscy jak należy wbili się w bistory, tylko jeden Zdzisiek oblech i buc bez kultury siedzi i dłubie w (cudzym) nosie.

1 Response to “U cioci na imieninach”


  1. 1 karol 19 marca, 2009 o 1:10 pm

    Jak mam wyluzować poślady jak u nas damy w kabaretach elegancie jak ministrowe na dancingu w Vabanku czy u Nikiego D.?To Europa i…zima,więc paniom też trudno tylko w muślinowych chustach występować.
    Do tego pół sali komentuje moje wytarte sandały,a dyskusjom na temat eleganckiego wyglądu na krakowskim forum nie ma końca.
    Więc co na ten sezon proponują salony Buenos,bo wszystko znaczy nic.Czy dalej skromnie,ale gustownie i stylowo…boa.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s




Archiwum


%d blogerów lubi to: