ŚCIEMA

Zdezorientowani czytelnicy pytają, czym jest ta Stygia (w dodatku mroczna), o której wspominam w poprzednim wpisie. Pozwolę sobie ich odesłać do lektury ulubionego pisarza Kasi, czyli R. E. Howarda. Ja zresztą też cenię sobie wysoko jego cykl o Conanie, aczkolwiek nie tak wysoko jak twórczość łacińskich poetów wczesnorenesansowych…

Ale dość pogadanek o sztuce i literaturze. Pociągnijmy wątek techniki (za włos).

Osoby, które były już w Buenos a w każdym razie mają za sobą lekcje u wielu nauczycieli przyjmą mój wywód – tuszę – spokojnie i ze zrozumieniem. Pozostali czytelnicy mogą być oburzeni i zaszokowani. Któż jednak powiedział, że tango to domena niebiańskiego ładu?

Ponadto obiecałem wam szczerość, nie dziwcie się tedy, że będą jak ów ptak, co własne gniazdo kala, podcinając w dodatku gałąź, na której siedzi.

Słowo się rzekło, kobyłka u płotu: wielu nauczycielom tanga (na szczęście nie wszystkim), a nawet nauczycielom znakomitym, zdarza się ściemniać. (Pokazałem ten tekst superMiodkowi, Kasi. Zarzuciła mi, że ściema to zbyt mocne określenie. Moim zdaniem jest to słowo dosyć łagodne, bardziej zbliżone do krętactwa niż do kłamstwa czy oszustwa. Uprzejmie proszę więc czytelników, by – czytając ten tekst – tak właśnie je rozumieli, nie zważając na oprawę graficzną dzieła, mającą żartobliwy charakter. Dodać też pragnę, że wszelkie podobieństwo do osób żyjących – lub martwych – jest czysto przypadkowe. Wreszcie uprzedzam, że mam świetnego adwokata).

oszust_6

Tango to taniec o korzeniach ludowych, taniec nieskodyfikowany, szalenie różnorodny. Do niedawna zresztą za dobrego tancerza uchodził ten, kto miał indywidualny, charakterystyczny, rozpoznawalny i niepowtarzalny styl*(dla niezorientowanych: * oznacza tu przypis dolny). Co więcej, jest to taniec podlegający modom i zmianom. Dziś już nikt, lub prawie nikt, nie tańczy w stylu – nazwijmy go umownie stylem Copesa – który obowiązywał do początków lat 90-tych, a na peryferiach tangowego świata jeszcze dłużej. Niektórzy tancerze, choć tańczą zupełnie inaczej, ucząc, powtarzają dość bezrefleksyjnie to, co usłyszeli od własnych nauczycieli. Inni, przeciwnie, zapędzają się w odnowie tak daleko, że przekazują jako rzecz absolutnie oczywistą coś, co sami stosują dopiero od dwóch miesięcy. Ponieważ wszyscy znają się tu jak łyse konie, każdy doskonale wie, że w tangu nie ma jednej, dwóch czy nawet dziesięciu technik. Że zupełnie inaczej tańczą nie tylko nuewowiec, salonowiec i milonguero, ale także osoby, które zaczynały przygodę z tańcem od tanga z jednej strony, z drugiej zaś te, które wcześniej tańczyły coś innego. Ba, że zupełnie inną technikę stosuje osoba, która od dziecka chodziła na balet, od tej, która bawiła się wówczas w taniec współczesny. A jeszcze inną ktoś po folklorze i adept swinga. Inną gość, który przed tangiem uprawiał boks, od tego, kto dochrapał się 3 Dana w karate. Wysoki od niskiego. Chudy od grubego. A najdziwniejsze, że wszystkie te techniki, choć tak od siebie różne, są w dużym stopniu kompatybilne (dzięki temu różni ludzie mogą ze sobą tańczyć). Nauczyciele często jednak udają, że nic o tym nie wiedzą. I to właśnie nazywam ściemą.

Aby zrozumieć, co mam na myśli, pokuśmy się o prosty eksperyment. Wybierzmy się (w krótkim czasie) do kilku nauczycieli i zadajmy wszystkim jedno pytanie, np.: gdzie mieści się centrum. Albo: jak poprowadzić obrót w lewo. Idę o zakład, że każdy z naszych interlokutorów udzieli nam innej odpowiedzi (ale niemal zawsze będzie to odpowiedź kategoryczna). Kornie też donoszę (w pysku), że w tym sezonie centrum znajduje się gdzieś między górną częścią mostka a dolną częścią odcinka lędźwiowego kręgosłupa, co zależy nie tyle od anatomii, ile od widzimisię odpowiadającego (zawsze ze świętym przekonaniem) mistrza. Niezły rozrzut, prawda? Co do obrotu, to jeden głosi, żeby koniecznie „otwierać” lewe ramię, drugi, żeby broń boże tego nie robić, gdyż trzeba „zamykać” prawe, trzeci wybiera złoty środek i każe zamykać przy „cruce atras” partnerki a otwierać przy jej „cruce adelante”, czwarty wreszcie poucza: furda ramiona, panowie, łokcie – oto, co się liczy.

O takich sprawach jak stawianie stopy czy „praca” miednicy nawet nie wspomnę. Nie mówię też o tancerzach, którzy zalecają coś innego od tego, co sami (cudownie) robią.

Tak naprawdę wszyscy (lub wszyscy bez mała) mają rację. Rzeczy, które zalecają, sprawdzają się doskonale w obrębie pewnego systemu (złożonego z wielu powiązanych zaleceń). Ściema polega na udawaniu, że to, co sami proponujemy, jest jedynym możliwym rozwiązaniem.

Ściema do kwadratu (bardzo popularna) na tym zaś, by zademonstrować najpierw technikę właściwą (naszą), a następnie złą technikę (cudzą). Oczywiście technikę właściwą demonstrujemy z wielkim zaangażowaniem i sercem, a technikę niewłaściwą niechlujnie, koślawo, na szarpankę i przewracankę.

Wykażmy się dobra wolą i załóżmy, że niektórzy robią to w dobrej wierze. Nie oszukują, zgoda. Ale obiektywnie rzecz ujmując ściemniają. Na potwierdzenie tego sądu dodać mogę, że niektórzy ściemniacze przestają ściemniać, gdy ich (niedoszła) ofiara daje im choćby delikatnie do zrozumienia, że nie lubi ściem.

Dawniej na lekcjach stroniłem od polemik. Mówiłem sobie: co tam ja, mały robaczek, będę się kłócić z ludźmi, którzy na tym całym tangu zjedli zęby i inne kostne ustrojstwa. Przekładałem sobie po prostu w myślach słowa mistrza: „tak trzeba” na „osobiście wolę to robić w ten sposób” i wszystko grało. Słuchałem tego, co mówił, spijałem wszystko z dzióbka. Co mi się podobało kupowałem. Na resztę nie zważałem.

W tym roku nabrałem hardości (pewnie przez to rzucanie palenia), wdaję się w dyskusję przy byle okazji i zasypuję nauczycieli pytaniami z prędkością karabinu maszynowego skrzyżowanego z Tomkiem G. Wielki mistrz Rodrigo Rodriguez mówi mi: „tutaj musisz wykonać to na sposób x, bo inaczej będziesz wyglądać jak wołek zbożowy”? Ha! Robię wielkie oczy i wtrącam: „to fascynujące i niesamowite! Właśnie wracam z lekcji u twojego kolegi, wielkiego mistrza Ricarda Ricardasa, który wszak w tańcu wygląda niczegowato, a przecież wykonuje to na sposób y, nie x”. Rodrigo, miast się zaperzyć i wyrzucić mnie na zbity pysk, od razu spuszcza z tonu i zmienia tryb z nakazującego na wyjaśniający. Zaczyna tłumaczyć co, dlaczego, i w którym momencie. Jakie są zalety, a jakie wady danego rozwiązania. Do czego ono pasuje, a do czego nie. A w końcu przyznaje: „słuchaj, wiem, że można to robić na wiele sposobów, jasne; ja wolę to robić tak, bo mnie osobiście inne sposoby wydaja się trudniejsze”. Gdy jestem w złym humorze nie odpuszczam i drążę temat z sadystycznym błyskiem w oku: „a dlaczego trudniejsze?” Mistrz ma mnie już po wyżej uszu, rzuca więc, w nadziei, że to wyczerpie temat, coś w rodzaju: „bo mam wyjątkowo krótkie mięśnie brzuchate łydki”. Miałbym się poddać? Nigdy! „A dlaczego właśnie ich długość przeszkadza Ci w tej określonej technice, a pomaga w tej drugiej, złociutki” – pytam. W tym momencie nawet największy mistrz i chojrak ustępuje pola i ucieka z dzikim krzykiem.

Polska-Argentyna 1:0!

oszust01

Na pewno pamiętacie taką scenę: coś wam nie wychodzi na zajęciach… Podchodzi mistrz i mówi (dajmy na to): spróbuj podnieść lewe ramię. Po chwili zaczyna wam wychodzić lepiej. Jesteście wniebowzięci. Wreszcie ktoś wam pokazał jak grać w te klocki.
Cudownie.

Następnym razem pokuście się o drobny eksperyment. Gdy zacznie wam już wychodzić lepiej, spróbujcie jeszcze raz, teraz jednak lewe ramię obniżcie! Nie gwarantuję, że zadziała to w 100% (po pierwsze nie wszystko ściema co się świeci, po drugie są różne rodzaje ściemy), ale niewykluczone, że odczujecie jeszcze większą poprawę.

Psychologiczne sztuczki, ściema, czy wielka tajemnica tanga? Nie wiem.

Ba, rzucam tym kamieniem (dla hecy raczej niż ze złości), choć pewnie sam nie jestem bez winy. Jeśli zdarzało mi się ściemniać, biję się w kształtną pierś i obiecuję poprawę.

Jako że jesteśmy już przy temacie ściem to warto wspomnieć o jeszcze innym jej rodzaju. Mam na myśli antagonizmy „nuevo”/salon/milonguero. Wiem, że rozczaruję wielu czytelników Hyde Parku, prawdziwych (jak to się drzewiej mówiło) pasjonatów, ale te wzajemne krytyki i połajanki to przeważnie spektakl na użytek turystów. Wielki mistrz tanga tradycyjnego, który w rozmowie z wami pomstuje, że to, co robią te straszne młodziaki w dżinsach to nie jest tango, poprosi tychże młodziaków, by zatańczyli na milondze z okazji jego urodzin, będzie gorąco oklaskiwał ich pokazy itd. W końcu to są jego byli uczniowie, albo dzieci jego najdroższych przyjaciół, w każdym razie bliscy mu ludzie, których zna, lubi, szanuje! Nuewowiec, który w rozmowie z wami pozwala sobie na przedrzeźnianie drepczących, pogarbionych staruszków, w gronie Argentyńczyków będzie zaręczać, że właściwie to tamci wszystko wymyślili (a w każdym razie wszystko, co ważne).. Młodziutka mistrzyni „tango salon” woli tańczyć z rówieśnikami w krótkich spodenkach w la Virucie – że już o nuewowej górze snobistycznego mięcha nie wspomnę – niż z nobliwymi panami w „La Baldosie”. I tak dalej, i tak dalej. Dla olbrzymiej większości tutejszych „profesjonalistów” liczy się różnica między dobrym a złym tangiem, między oryginalnością a kopiowaniem, między sztuką a rutyną, sprawnością a partactwem. Różnica, która w żadnej mierze nie pokrywa się z podziałami „stylistycznymi”. Młodzi salonowcy dokształcają się na zajęciach u mistrzów „nuevo” (wystarczy poczytać ich CV), a mistrzowie „nuevo” odwiedzają raz na jakiś czas Balmacedę czy innego Peraltę, żeby wrócić do korzeni. Ba, niektórzy „nuewowcy” stosują technikę bardzo tradycyjną, a niektórzy „tradycjonaliści” stosują technikę kosmicznie wprost nowoczesną.

Na koniec podam ekstremalny przykład ściemy, ściemy dotyczącej nie tyle świętej techniki czy świętych podziałów, ile świętych „codigos”. (to jedna z moich ulubionych tangowych anegdotek, więc pewnie wielu z was już ją zna).

Rzecz ma miejsce nie w Buenos, ale w Berlinie. Trzy lata temu. Jesteśmy z Kasią na naszym pierwszym zagranicznym festiwalu. Ba, na lekcji z Wielkim Mistrzem. WM wodzi wzrokiem po sali i mówi: „trzeba wrócić do podstaw. Abrazo. Panowie! Najpierw musicie wyciągnąć lewą rękę. Partnerka podaje wam prawą dłoń, dopiero wtedy obejmujecie ją w pasie swoją prawą ręką. W Buenos Aires poznaje się turystów właśnie po tym, że robią odwrotnie. Najpierw rzucają się ją obejmować prawą ręką, co wygląda idiotycznie. Nigdy, ale to nigdy tego nie róbcie. To podstawowa zasada!”. Wow! Boski WM objawił nam tak ważną tajemnicę. Czemu nikt nam wcześniej o tym nie powiedział! Rok później, w tym samym Berlinie, zajęcia z innym WM (z tej samej zresztą parafii, ba, w pewnym sensie nawet z tej samej rodziny). WM2 rzuca spojrzeniem po sali i tako rzecze: „kiepsko u was, widzę, z podstawami. Objęcie, objęcie panowie, zacznijcie taniec jak należy. Najpierw musicie objąć partnerkę prawą ręką w pasie. Dopiero później wyciągacie rękę lewą. W Buenos Aires poznaje się turystów właśnie po tym, że robią odwrotnie, jak ostatnie niemyte chamy. Trudno sobie wyobrazić coś mniej estetycznego. Błagam was i zaklinam, nie róbcie tego nigdy”. Tym razem nasz entuzjazm był nieco mniejszy. Po pierwsze WM2 to jednak nie to samo, co WM. Po drugie, byliśmy wtedy świeżo po pobycie w Buenos, gdzie mogliśmy się przekonać, że jeden zaczyna taniec tak, inny śmak, a jeszcze inny inaczej. I nikogo to nie obchodzi w najmniejszym stopniu. po prostu nie ma to znaczenia.

Niestety, nawet wśród WM zdarzają się osoby, które wierzą w zasadę: im tańsza ściema, tym więcej uczniów (i to tych bardziej nadzianych). Ludzie gotowi są sporo zapłacić za proste rozwiązania: „masz to zrobić tak a tak”. Nauczyciela, który tłumaczy: „można to zrobić tak ALBO tak. A w sumie to również tak, wybór należy do ciebie” – nikt nie potraktuje poważnie. Ba, w niektórych kręgach będzie uchodził za hochsztaplera.

Do powyższych uwag muszę dodać jedną uwagę: wcale nie wykluczam, iż ściemniacze mogą mieć lepsze wyniki pedagogiczne od tych, którzy od ściemy stronią (jak już wspominałem ściema przeważnie działa)…

Rozważanie tego filozoficznego paradoksu naraziłoby nas jednak na demencję, a w każdym razie zaprowadziłoby nas za daleko. Kończę tedy, oczywiście zapraszając do dyskusji (pochlebiam sobie, że dotykam spraw być może nudnych i banalnych – w końcu nie napisałem nic o ciuchach – ale na swój sposób istotnych).

A teraz, słodziutcy, blok reklamowy. W najbliższym czasie ukaże się na tych łamach:

1)subiektywny ranking nauczycieli, którzy nie ściemniają.

2)konkurs.

Tak więc NIE SPUSZCZAJCIE NAS Z OCZU!

* Piszę „do niedawna”, gdyż dziś jest już chyba inaczej. I nie chodzi tylko o to, że zdolni amatorzy wkładają mnóstwo wysiłku i pieniędzy w to, żeby tańczyć jak X czy Y (azjatyckie klony Javiera Rodrigueza, które rok temu święciły tryumfy na tutejszych parkietach, gdzieś się ulotniły. Widzieliśmy za to idealną chorwacką kopię Pabla Rodrigueza!). Nawet wśród zawodowców mimikra staje się cnotą. Na tegorocznym CITA (a więc imprezie, która z założenia ma gromadzić największe gwiazdy i indywidualności danej chwili) wystąpiły aż dwie pary asystentów Julia i Coriny, będące wiernymi replikami tych świetnych tancerzy. Skądinąd sam Julek i Corina swój występ w ostatniej chwili odwołali (szczegóły na tangowym Pudelku).

13 Responses to “ŚCIEMA”


  1. 1 Marcin 22 marca, 2009 o 10:45 pm

    Własnie przypadkowo wpadłem na tą strone (sciema?) i od razu widze ten ciekawy wpis. W dużej cześci zgoda, nie ma jednej bogini, ale można na to wszystko popatrzeć troche bardziej pozytywnie, że nauczyciele uczą coś co im wychodzi i w drodze własnych eksperytmenów przyjeli jako właściwe rozwiązanie. Czy jest alternatywne rozwiązanie, możliwe ze tak, ale pomijając inne względy, nie wiem czy wskazane jest dydaktycznie pokazywaniu komuś 5 róznych rozwiązań gdzie osoba ma problemy koncentracji na jednym. Lekcja tanga to nie praca podyplomowa. O wiele ważniejszym jest odrzucanie sciemy wulgarnej (tak jak Twoja anegdota z WM). Podobnie bylo kiedys tutaj w Krakowie, przyjechal WM i powiedział, że na milongi w BA są tylko przy jarzeniówkach na maksa no i zaczeło się wdrażanie klimatu. Ale tego typu ściemy moim zdaniem są tylko małymi kleszczami. Wiekszy problem w tym kraju to że są nauczyciele którzy nie uczą prowadzenia ciałęm, trzymania osi, relaks ciała, itp – za to pokazują figury a studenci małpują bez fundamentalnej świadomości ruchu i dynamiki. W takim środowisku, jakaś jedna para będzie coś podejrzewać ze cos jest nie tak, ale to nie jest reguła. To według mnie jest najwiekszą sciemą w obecym okresie w tym pięknym kraju.

  2. 2 owadzik 22 marca, 2009 o 11:30 pm

    Przeczytawszy i skręciwszy się z zazdrości muszę stwierdzić, że niektórzy mają stanowczo zbyt lekkie pióro. Komuś tu w życiu za łatwo. Najpierw kokietują, że niby blog im obrzydł i że piszą rzekomo pod Kasinym batem, a potem wysmażają od niechcenia takie oto tomisko. Ściema!

  3. 3 Marcin 23 marca, 2009 o 11:05 am

    Jeszcze jedna uwaga. Gdy mnie studenci pytaja czy wart isc do kogos na warsztaty, to generalnie nabieram wody w usta bo niezaleznie jaki poziom oferują „mistrzowie” zdania bedą podzielone i to z róznych przyczyń. Dla jednej pary która pierwszy raz styka sie z tangiem to będzie objawieniem, dla innej która już ma odniesienie to bedzie ściema a dla trzeciej ktora tak samo ma odniesienie ściema nie przeszkadza bo prowadząca para jest bardzo charyzmatyczna. Takim subiektywnych powodów jest cały milion. Zwykle mówię że najważnieszje jest uczucie jak wychodze z sali ze coś wyniosłem z tej lekcji – nawet to ze do tej pary w życiu nie powróce. Najgorsza jest obojętność 🙂

    Jeszcze jedna uwaga. Bywając na festiwalach, bardzo często jest tak, że lekcja dla zaawansowanych tak naprawde to lekcja dla średniozaawansowanych a w niektórych przypadkach doświadczyłem ze nawet dla początkujących. Widziałem nieraz frustracje nauczycieli którzy zaplanowali coś wybitnego a skończyło się na nauce podstawowego giro. Czy w takim przypadku nie jest ściemą studentów zapisując się na poziom ponad ich głowy? Może to ściema wobec samych siebie?

    Oczywiście to w żaden sposób nie usprawiedliwia ściemy nauczycieli to pokazuje ze ten temat ma troche więcej barw.

  4. 4 caminitopl 23 marca, 2009 o 12:47 pm

    Owadziku: to tomisko wysmażylem oczywiscie pod Kasinym batem. Ale dzieki!

    Marcinie: dzięki za uwagi. Piszesz, ze mozna na to spojrzec pozytywniej: nauczyciele ucza tego, co im wychodzi. Lepiej dydaktycznie, zeby nie mieszali ludziom w glowach. OK. W pelni sie zgadzam. Z drobnym zastrzezeniem. Czym innym jest stwierdzenie: „niektorzy robia to w ten sposob, ale ja uwazam, ze to paskudne/niewygodne/costamniehalo. Ja robie to tak i to wam sprobuje przekazac”. A czym innym „w tangu argentynskim trzeba to robic w ten sposob”. To drugie jest sciema (zwlaszcza jesli wypowiadajacy to twierdzenie wie, ze 90% jego kolegow robi akurat inaczej). Co do „większego problemu” – znów się zgadzam. Z tym drobnym zastrzeżeniem, że te wszystkie określenia „prowadzenie ciałem”, „trzymanie osi”, „relaks ciała” – sa bardzo wieloznaczne. Np.dla niektorych nauczycieli „bycie w osi” oznacza to, ze nie przenosimy ciezaru na srodstopie, a dla olbrzymiej wiekszosci po prostu to, ze kazdy ma „wlasna rownowage” i „sie na siebie nie przewracamy” (tanczac jednak z ciezarem na srodstopiu).

    Co do drugiego komentarza. Osobiscie najbardziej lubie, gdy na poziomie zaawansowanym prowadzacy zajmuja sie czyms w rodzaju „prostego giro” (oczywiscie robiac to inaczej, niz by zrobili na lekcji dla poczatkujacych). Ale to moj osobisty bzik.

  5. 5 Marcin 23 marca, 2009 o 2:36 pm

    Mysle ze troche szukasz dziury w calym. Dla mnie nie ma znaczenia jezeli nauczyciel mi powie ze „ja robie to tak a inni inaczej” lub „w tangu trzeba to zrobic w ten sposob”. Dla mnie kryterium to ze nauczylem sie czegos nowego (tzn: potrafie to zrobic) a jednoczesnie jest to dla mnie i partnerki wygodnie, mozna powiedziec „naturalne” dla mojego ciała. Pozatym nauka tango to długa droga i jeżeli osoba połknie bakcyla to wczesniej czy póżnej spotka sie z alternatywa; najważniejsze aby nauczyciel przygotował tą osobe „prawdziwie” w podstawach tanga. Najwiekszą ściemą jest to że niektórzy nawet jeżeli dobrze tańczą to nie potrafią uczyć (co jest odrebnym talentem) i nie tyle ze wciskają kit uczniom co nie korygują zasadniczych błędów z braku przygotowania lub po prostu lenistwa.

    Dla mnie bycie w ośi to tak aby trzymać swoją oś tak jak komu jest wygodniej jak sam napisałes (gruby, chudy…etc) po szkole baletowej lub karate. Ale chce Cię troche sprowadzić na ziemie bo jakie to ma znaczenie jeżeli poziom w kraju jeszcze jest taki ze połowa partnerek kładzie się na partnerach a oni w odwecie prowadzą rękami? To tak jakbyśmy się spierali nad wyzszościa hiszpańskiej glazury do włoskiej terakoty do naszego nowego domu który powstanie na działce po dziadku, tylko ze dziadek jeszcze nie umarł.

  6. 6 Mikolaj 23 marca, 2009 o 8:01 pm

    Niektórzy potrzebują autorytetów i jasnych stwierdzeń, dla innych świat jest bardziej relatywny. To tak jak z pójściem do lekarza, ja np. wolę jak mi powie coś w tym stylu: ” wie pan, na podstawie mojego doświadczenia wydaje mi się, że objawy wskazują na to, że może mieć pan to i to, ale jest też możliwe , że ma pan tamto i owo, co jednak uznaję za mniej prawdopodobne, bo….”. Inni wolą jak lekarz utnie te dywagacje i powie po prostu: „jest panu to i to”. Skończy się to tak ,że ja na ten przykład często złośliwie będę drążył skąd taka pewność (o ile np. stan podgorączkowy pozwoli mi na takie fanaberie), co znowu wywoła potencjalną irytację lekarza (że niby przychodzę podysktutować jak równy z równym czy jak?), itd. Wniosek: na różnych ludzi działają różne rzeczy. Różne rzeczy też ich irytują (czytaj: ściema znaczy dla nich coś innego)
    Ad. poletko nasze. Myślę, że z tangiem w Polsce nie jest aż tak źle jak czasami sami myślimy. To kwestia relatywnego porównania. Możemy odnosić się do BA, możemy też pojechać na milongę do Wiednia. Moim skromnym zdaniem warto doświadczyć jednego i drugiego.

    • 7 caminitopl 25 marca, 2009 o 5:17 am

      Wydaje mi się, że twój przykład nie do końca odnosi się do tego, co napisałem (a w każdym razie chciałem napisać, może zabrakło mi precyzji). Ale to dobry przykład więc go pociągnę, żeby lepiej wyjaśnić, o co mi chodziło.

      A) x idzie do lekarza homeopaty. Ten przypisuje mu leki homeopatyczne. OK. Od tego jest.

      B) x idzie do lekarza (homeopaty lub nie). Ten przypisuje mu lek homeopatyczny, mówiąc: wszyscy lekarze to teraz zapisują, bo leki tradycyjne, zwłaszcza antybiotyki rujnują organizm. Otóż – niezależnie od tego, czy sama homeopatia jest ściemą czy nie – ten lekarz niewątpliwie ściemnia. Wie bowiem doskonale, że spora część jego kolegów po fachu homeopatii nie uznaje.

      A na zakonczenie inny przyklad (niestety autentyczny). X idzie do lekarza. ten diagnizuje grype i przepisuję antybiotyk. X pyta nieśmiało: panie doktorze, czy oprocz wirusa grypy cos mnie jeszcze innego dreczy? Bo przeciez antybiotyk na wirusy chyba nie dziala? A na to doktor: x, jest pan strasznie neurotyczny.

      Niech to bedzie zrodlem natchnienia dla wszystkich nauczycieli tanga, ktorym uczniowie zadaja glupie pytania o centrum.

  7. 8 karol 24 marca, 2009 o 9:27 am

    Co Ty Marcin piszesz ? Połowa partrnerek nie ma osi ? A czytałem, że są dużo lepsze od partnerów i przyjeżdżają do nich partnerzy z
    zagranicy.
    Mateusze nie posłuchały mojej rady i powiększają rozmiary swoich wypowiedzi i dyskusji. Nie wiem czemu są tylko aktywni na Olimpie. Ich pióra są tak zręczne, że przyjemnie czytam ich każdy tekst, szczególnie że więcej mało już kto pisze.
    Dzisiejszy zalew wpisów i komentarzy do ich tekstu, na hp i tutaj, może być atrakcją na bezrybiu, ale znalazłem kilka zdań niepotrzebnych tangu. Nie wnikam kto to napisał (czy hapowicze czy Mateusze), ale nie wiem po co młodych uczyć wątpienia w wiedzę, kompetencje i uczciwość nauczycieli.
    Po co znów wspominano o zbytnim zwracaniu uwagi na technikę. Przecież przekonano mnie wielokrotnie, że najprzyjemniej przyjść i sobie potańczyć, po co męczyć się na warsztatach i praktykach. Nikt z autorytetów nie zabrał w tak podstawowej sprawie głosu na hp dla maluczkich lub na oficjalnym tangoinpoland.
    Najwygodniej podpierać się na partnerze.
    Co robią partnerzy nie wiem, ale wyobrażam sobie co czują
    partnerki.
    Kiedyś pierwszy napisałem, widząc jak rozwija się jego tango, że Mateusz może być wartościowym nauczycielem. Ten podjął decyzję i zaczął realizować swoje marzenie.
    Dobrze się stało. Może dołączy do ciągle samotnych Janka i
    Beaty (tej też przy okazji natychmiast się dostało, ale bez racji, bo jak na tym rynku najbardziej czują blusa i wiedzą jak pomóc, to trzeba ich doceniać, bo są ciągle „pod ręką”.
    Kilka miesięcy temu przemiła i neutralna milonguerka dała na hp 2 razy klapsa za „barbarzyńskie”zaproszenia na milongi. Wiedziałem, że styl ten może się komuś nie spodobać. Dla niektórych nie jest w klimacie tanga.
    Dlatego ostrzegałem przed zbytnią wylewnością przy pisaniu z Buenos.
    Mateusz niby żartem ustawia siebie w roli mistrza tanga oceniającego wielkich tancerzy
    Żarty żartami, ale młodziutki zdolny tancerz z młodego ośrodka (Warszawa) nie powinien wcielać się w taką rolę. Jeśli ktoś jest tu w czołówce, nie świadczy eszcze o jego klasie.
    Wybacz zatem Mateuszu, że dalej zniechęcam Cię do tak obszernego pisania z Buenos.
    Zapraszam natomiast do wyjaśnienia mi wielu tangowych wątpliwości na hp lub tu, po Twoim powrocie.

    • 9 caminitopl 25 marca, 2009 o 4:54 am

      Karolu, niestety nie mogę spełnić Twojej prośby i zamilknąć na wieki, pozbawiłoby mnie to bowiem rozkoszy czytania Twoich komentarzy.

      Nikogo nigdy nie zniechęcałem do uczenia się, ćwiczeń, szlifowania techniki itd. Nikogo nie zachęcałem do tego, by szedł na żywioł. Byłoby to bowiem wielką niekonsekwencją z mojej strony. W końcu nie przylecieliśmy tu z Kasią po to, by wygrzewać się na słoneczku (w każdym razie nie tylko po to). Ba, ostatnio uczymy się i ćwiczymy tak intensywnie, że nie mamy nawet sił łazić na milongi, sączenie jadowitych bzdur na tym blogu jest zaś naszym jedynym wytchnieniem (i jedynym sposobem odreagowania stresu i wyładowania frustracji). Liczymy więc na Twoją wyrozumiałość.

      Muszę coś jeszcze sprostować. Nie stawiam się w roli „mistrza”, przeciwnie, ściemę pisałem (jeśli pominąć jedno zdanie) z perspektywy ucznia. Dotyczy ona moich uczniowskich doświadczeń (okraszonych kilkoma ogólnoludzkimi przemyśleniami). Skądinąd uważam, że każdy proces edukacyjny winien być krytyczny i to podwójnie. Banalnie rzecz ujmując: nauczyciel winien kwestionować to, co robi, stale się doskonalić miast zamieniać w zaprogramowaną maszynę do przekazywania wiedzy, a uczeń musi stale walczyć o zachowanie niezależności sądu, zmysłu krytycznego itd.

      To jest moje zdanie. Ktoś może preferować relację mistrz/guru – wyznawca. Ja jej nie trawię.
      Czołem.

  8. 10 karol 24 marca, 2009 o 9:37 am

    Mikołaju jeśli w Wiedniu jest niższy poziom niż u nas to smuci, ale my mamy jeszcze sporo do poprawienia.

  9. 11 Pantera 26 marca, 2009 o 7:10 pm

    Pozwolę sobie przytoczyć fragment książki – z tekstem jakże pasującym do powyższej dyskusji.

    …”Chcemy zwrócić uwagę na pewien aspekt edukacji, który nazwaliśmy okłamywaniem dzieci. (…) Wczesne etapy edukacji muszą wykorzystywać liczne „kłamstwa dla dzieci”*, ponieważ poczatkowe wyjaśnienia muszą być proste. Żyjemy jednak w skomplikowanym świecie i te „kłamstwa dla dzieci” koniecznie trzeba zastąpić bardziej złożonymi historiami, zanim staną się prawdziwymi kłamstwami z opóźnionym działaniem.(…).
    Kiedy żyje się w skomplikowanym świecie trzeba go upraszczać, by go zrozumieć. W istocie to właśnie oznacza termin „zrozumienie”. Na różnych poziomach edukacji odpowiednie są różne poziomy uproszczeń.
    Często trzeba oduczyć się tego, co wiemy, i zastąpić to czymś bardziej subtelnym.
    „Kłamcy dla dzieci” to ludzie wykonujący szanowany i ważny zawód; zwani są też nauczycielami.

    * /Jako istoty ludzkie, wymyślilismy wiele użytecznych odmian kłamstwa. Obok „kłamstw dla dzieci” (tyle, ile potrafią zrozumieć) istnieją „kłamstwa dla szefów” (tyle, ile powinni wiedzieć), „kłamstwa dla pacjentów” (nie będą się martwić tym, czego nie wiedzą) oraz – z bardzo wielu powodów – „kłamstwa dla nas samych”. „Kłamstwa dla dzieci” to powszechna i niezbędna odmiana kłamstwa. Uniwersytety dobrze znają inteligentnych, dobrych uczniów, którzy przychodzą na studia i doznają szoku, odkrywając że biologia lub fizyka nie jest całkiem taka, jak ich dotąd uczono. „Tak, ale musieliście to najpierw zrozumieć – mówi się im.- Dzięki temu teraz możemy wam powiedzieć, dlaczego to nie jest ściśle prawdziwe”. Nauczyciele z Dysku wiedzą o tym i wykorzystują, by pokazać, dlaczego uniwersytety są rzeczywiście skarbnicami wiedzy: studenci przychodzą ze szkół przekonani, że wiedzą juz prawie wszystko; po latach odchodzą pewni, że nie wiedzą prawie niczego. Gdzie się podziewa ta wiedza? Zostaje na uniwersytecie, oczywiście, gdzie jest starannie suszona i składana w magazynach./

    T.Pratchett
    ”….

  10. 12 Marcin 26 marca, 2009 o 8:41 pm

    Mateuszu, najwazniejsze abys byl prawdziwy wobec samego siebie (w kwestji tanga oczywiscie), poglebial tajniki i generalnie czul wielka radosc z tego co robisz, wtedy bedziesz mial rzesze uczniow ktorzy beda Ciebie szanowac. Powodzenia w BA, duzo nieprzespanych nocy i krysysow odkrywania wiedzy (kiedys Ci powiem co mam na mysli). Marcin

  11. 13 owadzik 28 marca, 2009 o 6:15 pm

    Ofiary wszelkiego typu ściemniaków czekają na nowy wpis. Kasiu, świśnij bacikiem.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s




Archiwum


%d blogerów lubi to: