Gdy do tańca prosi Javier

„To moja największa wada,

Że tańcuję bardzo rada”

Jan Kochanowski, Pieśń świętojańska o Sobótce

Drodzy, wybaczcie ten osobisty ton. Od początku naszego tangowego życia Javier Rodriguez był naszą drugą miłością.* Powiadają, że miłość jest ślepa, w tym jednak wypadku byłaby to strata niepowetowana. Kto żyw, powinien zobaczyć, jak Javier rozkłada pawi ogon, jak stawia stópki, jak kroczy, sunie, kokietuje, uwodzi, czaruje i błyszczy. Widowisko niezbędne do życia jak witamina D3 dziecku zagrożonemu krzywicą (niewątpliwy dowód, że Doktor House zajmuje ostatnio zbyt wiele miejsca w życiu caminito, jeszcze jedno takie porównanie i będzie trzeba nas intubować). Ech, łza się w oku kręci, gdy człek ogląda ich boskie archiwalne nagrania z Geraldine w domowym zaciszu you tube.

Bóg, na wygnaniu zazwyczaj małomówny i chmurny (jak wieść gminna niesie, językiem Szekspira i Rooney’a włada biegle na poziomie how do you do), uraczył nas, Panie dziejku, na swoim seminarium w Buenos, perełkami dowcipu, medialunami humoru, alfajorami słodyczy osobistej. Poetycki i metaforyczny lubo wnikliwie analityczny, rozprawiał obrazowo (a obrazuje ślicznie), iż zamykanie nóg w tańcu jest przejawem tłumienia energii seksualnej, zahamowań i czort wie jakich jeszcze przypadłości gastrycznych (gdyby nie reżim antymedyczny podsunęlibyśmy mu jeszcze pląsawicę, kolkę nerkową, SM i inne mile brzmiące nazwy). Śliczne oczka płonęły zapałem, gdy opowiadał nam, dlaczego w tangu przeistacza się w prawdziwego porteño, ciskały gromy, gdy kamienował bezbożnice w spodniach, błyszczały nostalgią, gdy opowiadał o starych dobrych czasach (ma tak plus minus 30 lat), promieniały blaskiem, gdy mówił o sobie. Dowiedzieliśmy się detalicznie, dlaczego nie wolno siadać na podłodze podczas jego zajęć (wampirycznie wysysamy jego energię), dlaczego Javier chce oglądać kolana (nic osobistego, niestety). Byliśmy świadkami błyskotliwej wymiany sztychów z jego znajomą:

– A ty czemu nie potakujesz, jak wszyscy? – pyta Istota Najwyższa uczestniczkę zajęć, znaną choć niepozorną nauczycielkę tanga, na co dziewczę rezolutnie odpowiada: jestem taka mała, że myślałam, że i tak byś nie zauważył… Geniusz błyskawicznej riposty odparował trafnie: „jesteś wprawdzie całkowicie nieistotnym śmieciem (przekład dla kulturalnych panienek z dobrego domu), ale Cię zauważyłem!”. Któżby to przypuszczał? Tylko boska omnipotencja może ów fakt ekstraordynaryjnej percepcji wytłumaczyć (i tylko znana nauczycielka tanga nie śmiała się w kułak).

Ćwiczyliśmy w niesamowitej ciżbie i masie, co i rusz potykaliśmy się albo o nogi kompanierów, albo o ego Javiera. Piękniejszą, doskonalszą moralnie i bardziej rozwiniętą duchowo część caminito porusza wewnętrzna harmonia, niezgłębiony magnetyzm postaci i głęboka autoironia Javiera, zaś jego dłuższą część bezkrytycznie zachwycają jego farmazony.  Obydwie części za to są zgodne co do boskości boskiego Javiera i jego tańca. A tak przy okazji: zajęcia były świetne, skupione na podstawach i szczegółach zarazem (i co z tego, że składały się głównie z twierdzeń typu: „wszystko, co mówią wam inni nauczyciele, to bzdura. Trzeba robić dokładnie odwrotnie”. – już do tego przywykliśmy).  Javier w przerwach swoich uroczych tyrad życzliwie odpowiadał na wszelkie wątpliwości, problemy, rozterki, w kontakcie twarzą twarz wydaje się niezmiernie ludzki: zamiast Apollina rzeczowy Chryzyp.

No i trochę Midas. Dzięki  niemu w pełni pojęliśmy cud lingwistycznej transmutacji. To, co przetłumaczone dosłownie na polski byłoby prymitywnym, wulgarnym i mocno seksistowskim chamstwem, w języku Borgesa  i Lionela Messiego brzmiało prawie lekko. A może tylko w ustach Javiera?

*Uprzejmie prosimy pt. szanownych czytelników o nieformułowanie banalnych, obraźliwych pytań, dlaczego drugą. Odpowiedź jest nazbyt oczywista.

1 Response to “Gdy do tańca prosi Javier”


  1. 1 af 27 marca, 2010 o 9:02 am

    I co, to już koniec? więcej nie będzie?
    oj, zaniedbujecie nas, to prawda!
    my tęsknie spoglądamy w ekrany, sprawdzamy kilka razy dziennie, czy nie pojawiło się coś nowego… a tu nic
    pustka
    i bogowie – ale wciąż ci sami


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s




Archiwum


%d blogerów lubi to: