Wild at heart – czyli krótki atak grafomanii podróżnej

Zaniedbujemy was, mili czytelnicy. Cóż począć, czas w Buenos Aires, co potwierdzają nie tylko zeznania naocznych świadków, ale również najnowsze badania Światowej Organizacji Czegośtamważnego, to surowiec w najwyższym stopniu deficytowy. Z lekcji na lekcję, z milongi na milongę, z pokazu na pokaz… Istny kierat! Oczami wyobraźni widzimy was, siedzących wygodnie przy kominku, zaczytanych w dobrym kryminale; za oknem spaceruje Zima, Pani piękna a sroga,wam zaś głowę mile otula szlafmyca, termofor przyjemnie grzeje stópki, kocyk z wielbłądziej wełny opatula was szczelnie, trzask bierwion czule pieści uszy, malinowa herbatka krzepi, termometr wetknięty… w usta nadaje całości niepospolitego szyku, a jednocześnie odpręża i koi. Hej, kolęda, kolęda! Jakże wam zazdrościmy!

Żarty, żartami, kto jednak myśli, że Buenos Aires to miejsce spokojne, idealna sceneria pogodnych wczasów – ten jest w błędzie grubym jak choripan, który Chicho zjada na przystawkę.

Od kilku godzin miasto grzmi, buczy i pluska. W szklany dach naszego mieszkania walą rozliczne Niagary. Nie da się rozmawiać. Nic tylko leżeć pod pierzyną i wyobrażać sobie, że właśnie mijamy Przylądek Horn, morze za chwilę pociepleje, góry lodowe przestaną zatrważać, wiatr złagodnieje, otucha wystrzeli…

Tutejsze burze są straszne i piękne. Najpierw niebo się zaciąga szlachetnym kolorem stali, wszystko – prócz taksówek, rzecz jasna – zastyga w nerwowym oczekiwaniu. Pierwsze dreszcze przebiegają przez wykres barografu, później kolejne, stratocumulusy gęstnieją w nimbocumulusy, a później… Okrzyki wiatru, zapach fosforu, pioruny, gwizdy, wrzaski, łomoty, jęki, wycia, grzmoty, huk wodospadu – a wszystko to tańczy w dzikim korowodzie, wibruje, miesza się i łączy: „jak piasek, gdy się z huraganem zetrze”

Ulice zamieniają się w rwące potoki: bez skafandra nie ma co iść na milongę.

To nie deptak w Ciechocinku, ale kraina subtropikalna, w której wszystko jest dzikie, nieujarzmione, nieubłagane, okrutne, gargantuiczne, słowem: bujniejsze niż w naszej biednej, znękanej ojczyźnie. Ci, którzy twierdzą, że trzeba jechać do jakiegoś Iguazu czy na Atakamę, żeby to poczuć, są w błędzie. My doświadczamy tego, nie ruszając się z domu.

Ot loczki na głowie bardziej żarłocznej części Caminito wyczyniają dzikie brewerie (po naszym powrocie fryzjer Robert będzie miał pracy po pachy…), a zarost na smagłych licach części dostojniejszej dostał takiego szwungu, że trzeba go golić dwa razy dziennie.

Tak więc niech się schowają dżungle północy i wietrzne jary królestwa Mapuczów.

Największą dzikość zawsze nosimy w sobie…

3 Responses to “Wild at heart – czyli krótki atak grafomanii podróżnej”


  1. 1 Grzegorz 18 marca, 2010 o 11:08 am

    Ech, czytając ten barwny opis rozpaliłbym chętnie w kominku, którego nie mam, okno wykleił fototapetą burzy śnieżnej, owinął się ciepłym kocem i wetknął termometr… gdziekolwiek – żeby jeszcze lepiej wczuć się ten klimat, który tak kwieciście i uroczo opisaliście. 🙂

  2. 2 agag 21 marca, 2010 o 4:59 pm

    dobrze napisane! przy otwartym oknie, w blasku słońca czekam na ciąg dalszy (pani Zima utopiona – już wiosna, przynajmniej w Krakowie:)

  3. 3 Maja 29 marca, 2010 o 11:10 pm

    Bardzo ładnie o burzy, to ja Wam do sztambucha Gorkiego:
    „Coraz mroczniej, coraz niżej opadają ciężkie chmury – i śpiewają, rwą się fale na spotkanie piorunowi. Zagrał grom – i w pianie gniewu jęczą fale, z wiatrem walcząc. Oto wiatr w ramiona chwycił stado fal uściskiem mocnym – i z rozmachu, wściekły, dziki, cisnął nimi w szkła granity, w pył i bryzgi rozbijając szmaragdowe kotłowisko”. KIEDY WRACACIE? Tu na dalekiej północy stopniał już śnieg. Można wracać.

    owadzik


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s




Archiwum


%d blogerów lubi to: