rękopis znaleziony w musztardzie

Witaj mój blożku, stary wierny druhu, mruczący przyjacielu. Od lat się do mnie łasisz, strawy bogatej  łaknąc, za intelektualnymi biesiadami tęskniąc, do dawnych sympozjonów  wzdychając, a ja, z niegodziwej przewrotności, mentalnego kalectwa czy w  lenistwa bezsile karmię cię – sporadycznie  zresztą – mdłą leguminą ogłoszeń, papką zapowiedzi, botwinką zaproszeń na warsztaty… Wybacz, blożeczku kochany, wyrozumiałość okaż, łaskawco. W stolicy przetwórstwa wołowego jesteśmy już po raz piąty. Rutyna to słowo zbyt mocne, trudno jednak ukryć, że minęły bezpowrotnie czasy, gdy wszystko wydawało nam się nowe, świeże, jak ciepłe bułeczki pachnące, o natychmiastowy opis się dopraszające, lawinę refleksji i strumień myśli wzbudzające. Cóż nam dziś zostaje? Zabawa w „znajdź siedem różnic”, skrzętne odnotowywanie szczególików, pusta kronikarska sumienność , żmudne protokolanctwo? A fuj!

A może jednak?  Sumienne śledzenie mikroskopijnych  choćby zmian, najlżejszych fluktuacji,   najdrobniejszych wahań – oto droga godna prawdziwego naukowca.  Czyż Darwin zbudowałby swoją wielką teorię ewolucji, gdyby wzdragał się przed porównywaniem dziobków i upierzenia skrzydlatych obsrańców z wysp Galapagos? Arystoteles z fresku Rafaela przypomina koledze Platonowi, że  filozof godny tego miana nie może bujać w obłokach, winien stale nużać się w prochu codzienności. Choćby po to, by dostrzec i podnieść z ziemi zgubiony przez kogoś obol.

Obole… Nimi się właśnie zajmiemy w tej pierwszej odsłonie tegorocznego dzienniczka podróży.    Wieść gminna niesie a zięby (Darwina) ćwierkają, że dzięki dobrodziejstwom Lufthansy w lutym i marcu nasi rodacy planują zmasowany najazd na stolicę kalabasy. Polak zaś, choć po  sarmackim mieczu  odziedziczył naturę hulajduszy, hulaki  i niepoprawnego rozrzutnika, chłopskiej kądzieli zawdzięcza oszczędność, nieufność, chytrość i ogólne liczykrupstwo.  Oto więc temat, który wzbudzi zapewne największe zainteresowanie i zapewni nam należytą poczytność.

Dobrych nowin zasadniczo nie mamy. W ciągu ostatnich dwóch lat wszystko podrożało.  Niektóre rzeczy bardzo! Ponieważ inne nie podrożały aż tak, niektóre zaś pozostają nadal wyraźnie tańsze niż w sercu bliskiej ojczyźnie,   nie w ciemię bity rodak może tu prowadzić egzystencję, którą nie przyniesie wstydu swoim plebejskim antenatom.

A więc: rezygnujemy z restauracji. Skubane zrobiły się o wiele droższe niż w Warszawie (że o Krakowie, Wrocławiu  czy innym Grójcu nie wspomnę). Ochłapki mięska dla dwóch osób podlane  czymś na kształt wina w czymś co nie przypomina  dworcowej poczekalni we Włoszczowej to wydatek rzędu 120 zł. Minimum.  Pięć lat temu taki sam obiadek kosztował nas  złotych 30, co mówi samo za siebie.

Nie mamy wątpliwości, że tutejsi restauratorzy sprzysięgli się (pewnie z Tuskiem i Ruskiem), żeby wystrychnąć na dudka rodaka znad Wisły. Ale nie z nami takie numery, Bruno! Zorganizowaną gastronomię  poddajemy zdecydowanemu bojkotowi. Gotujemy w domu. Jeśli na wyposażeniu rzeczonego domostwa nie ma patelni grillowej nabywamy takową (cena od 60 zł w górę, drogo, ale pies ich trącał). Najlepiej kupić najtańszą, drogie i tak zaczną rdzewieć zanim zdążymy je donieść do domu (że o posmarowaniu oliwą nie wspomnę). Następnie udajemy się do rzeźnika. Tak: do rzeźnika.

W odróżnieniu od stosunków ekonomicznych panujących nad Bugiem tu im większy sklep tym droższy. Najtaniej jest w małych i delikatnie mówiąc niezbyt schludnych  warzywniakach, sklepikach mięsnych, z nabiałem  itd. Średnie ceny zapłacimy w średnio-czystych supermarketach, największe wydatki czekają nas zaś w hipermarketach, no ale jak ktoś chce się pławić w luksusie  i nie lubi widoku owadów z gatunku  zażelaznobramskiego biegających po regałach to już jego  broszka. U rzeźnika kupujemy więc  mięso nadające się na patelnię (plancha). Choćby odezwała się w  nas niebieska krew i kazała wybrać najdroższe lomo, porcja dla dwóch średnio żartych osób nie przekroczy raczej 25 zł. Do tego sałata, pomidor (jakieś grosze). I mamy bardzo smaczny, pożywny i tani obiadek. Szarpnijmy się jeszcze na jakiegoś Malbeca za dwie dychy (droższe też śmierdzą dębiną, tańszy mógłby się okazać niebezpieczny dla zdrowia) , żeby pożenić drzemiącego w nas Pawlaka z szalejącym w nas Kmicicem.

Et voila! Jak rzekłby kolega Achaval.

Zaraz, zaraz…  – przerwie nam w tym momencie Janusz T. lub inny wytrawny smakosz – sałata bez winegreta, wała sobie z nas robicie? Słusznie.

Cytryna i oliwa nie stanowią problemu (Argentyńczycy zrozumieli wreszcie, że rzepak może doskonale się  nadaje do napędzania traktorów, jeśli jednak chodzi o pozyskanie ciekłego tłuszczu roślinnego to są lepsze od niego surowce), z musztardą jest nadal tragedia i dramat  iście szekspirowski. Wprawdzie w tutejszych sklepach – lepszych – można kupić diżońskie musztardki (np. „Maille”), ale kosztują one 5 dych i smakują jak sarepska (identyczne a kupowane w  Warszawie kosztują wprawdzie  tylko 12 zł, ale ostatnio smakują tak samo!). Francuzi mają ten przykry zwyczaj, że sprzedając swoje markowe towary za granicę, bez wahania dostosowują je do – niezbyt wyrobionego, powiedzmy to sobie franchement – gustu tubylców.  Oszczędny, ale nie pozbawiony fantazji i smaku polaczyna nie ma więc innego wyboru  jak  lecieć do Argentyny przez Paryż i tam w duty free wepchnąć ukradkiem pod kontusz solidny antał  jakiejś  Moutarde de Meaux „Pommery”.

ciąg  dalszy nastąpi….

1 Response to “rękopis znaleziony w musztardzie”


  1. 1 elosito 6 lutego, 2012 o 4:43 pm

    Brak musztardy? Bierzemy ziarna gorczycy (białej najbezpieczniej), parzymy na sitku (lub chusteczce jeśli sitka brak) przelewając wrzątkiem (lub moczymy i odcedzamy po wystygnięciu), rozcieramy w moździerzu tak drobno jak lubimy (od „prawie… wcale” do „na jednolitą masę”) z dodatkiem białego octu winnego albo jabłkowego, szczyptą soli i cukru (lub miodu). Dla zagęszczenia i złagodzenia faktury można dodać i zmieszać domowy majonez – żółtko jaja (w temperaturze pokojowej – nie z lodówki) utarte z powoli dodawaną oliwą z oliwek (można pieczołowicie też w moździerzu albo blenderem), z wkraplanym stopniowo sokiem z cytryny, szczyptą soli i pieprzu. Całość powinna odstać (najlepiej z dobę). Powodzenia.

    A gdyby z musztardą nie wyszło, to sałata do mięsa z patelni lub grilla bardzo dobrze idzie z sosem z oliwy, balsamico (lub soku cytryny z dodatkiem cukru), pieprzu i soli. Może być ciut czosnku lub nie. Włosi zazwyczaj o istnieniu musztardy w ogóle nie wiedzą.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s




Archiwum


%d blogerów lubi to: