Posts Tagged 'Chichio'

li frum bo

Bum bum bam bam bach! Mili czytelnicy są skonfundowani? Nie jest to bynajmniej świeży, wymyślny rytm nowej lambady ani niedzielne bicie dzwonów (to chyba jedyny katolicki kraj, w którym o niedzielnym poranku dzwony nie walą śpiochów po łbie). Tak głośno bijemy się w piersi i spod stołu odszczekujemy to, co nabazgraliśmy w poprzednim wcieleniu. Bynajmniej nie rozchodzi się o drobnostki, ale sprawy ogromnej wagi, wagi rzecz można ciężkiej.

Rok temu wpadliśmy na jedne zajęcia do Juany i Chicha (lepiej znanego w Polsce jako Chico) i sobie darowaliśmy. Niby miejsce było fajne (piłkarskie boisko dwa piętra nad La Virutą), towarzystwo doborowe (niemal wszystkie lokalne znakomitości). Za to zajęcia… Hmm,  nie dla nas… Prowadzenie partnerki za łokieć, brew, kolano itp., sto obrotów, 50 ganch, a wszystko to prowadzone chyba myślą. Tak to wtedy postrzegaliśmy. No bo i Chicho wyjaśnień skąpił jak Harpagon.. Pokazywał swoje, a później wycofywał się w kąt, pochłaniał kolejne buły z kiełbasą poetycko zwane choripanami i zwierzęcymi warknięciami odpędzał natrętów (w przypadku doskonalszej moralnie części Caminito miał zresztą rację, pod pretekstem pytania o technikę tego czy owego usiłowała odgryźć pokaźny kęs choripana).

W tym roku zafundowaliśmy sobie niemal całe seminarium, przez dwa tygodnie i po trzy godziny dziennie fikaliśmy po parkiecie la Viruty wśród 50 bez mała par, pod batutą Pięknej i Bestii. [No dobrze, nigdy byście nam nie darowali, gdybyśmy nie wymienili, kogo ze znanych i wspaniałych mieliśmy zaszczyt kopać po kostkach, no więc po dłuższym targowaniu dyskretnie puszczamy farbę: Cernaeza, Christiana ze starego DNI, Matiasa Facio, Furlana i tak dalej w kolejności alfabetycznej. Nie licząc, rzecz jasna, niezliczonych przedstawicieli tureckiej Wielkiej Ordy].

Tym razem Chicho wzbił się bowiem na wyżyny kunsztu nauczycielskiego, w fioletowej babuchy uganiał się po sali bez ustanku, strofował, przedrzeźniał, a nawet tłumaczył. Imał się wszelkich sposobów, aby nam uprzystępnić, wtłoczyć do łbów i ciał, wyjaśnić. A było co wyjaśniać, wtłaczać i uprzystępniać, robiliśmy niesamowite doświadczenia z kontaktu, prowadzenia, obecności, stosowaliśmy je do śmiałych ganch, szalonych soltad, zabawnych colgad, wszystko ze wszystkim wymieszane jak to u Chicha. Gancho z soltady, sacada tyłem z colgady i tiem podobnieje. W każdym razie to, co rok temu wydawało nam się czarną magią, teraz zdawało się w miarę proste (jeśli nie zawsze w praktyce, to przynajmniej w teorii). Ba, przekonaliśmy się nawet do soltad, którymi dotychczas gardziliśmy. Chicho, zamiast prowadzenia „salsowego” i tańca typu „statek do Młocin” proponował (przynajmniej jako ćwiczenie) całkowite puszczanie partnerki. Niby można rzecz wydedukować a priori, niby sprawa jest jasna, a jednak dopiero to ćwiczenie uświadomiło nam w pełni, że nie ma zależności między ścisłością czy bliskością objęcia a jakością kontaktu. Ba, żeby poprowadzić partnerkę, której się nie dotyka, komunikacja w parze i kontakt muszą być o wiele lepsze, bardziej wyraziste i precyzyjne! Słowem, dwie osoby patrzące na siebie z daleka mogą być o wiele bliżej siebie niż gdyby się właśnie miziały. Niby jest to wiedza dostępna każdemu 5-latkowi, ale, o dziwo, większość nauczycieli tanga, potępiających w czambuł „dalekie trzymanie”, zdaje się tego nie rozumieć. Choć z drugiej strony… pukanie się na dystans to trudna sztuka… I ździebko mniej przyjemna.

Tak czy owak „snobistyczna góra mięsa” (jak ładnie określił Chicha wybitny, choć anonimowy polski specjalista ds. trzymania głowy prosto) wyzwalała w swoich pupilach zwierzęce instynkta i kazała nam krążyć w napięciu wokół siebie, aż dziw bierze, że obyło się bez ofiar w ludziach. Natura ludzka zawsze jest jednaka, jak mawiała panna Marple, głęboko wierzymy w naszą z Chichem jednomyślność i komunię dusz, w końcu parodiuje prawie tak dobrze jak ładniejsza połowa Caminito, i tak jak ona ma zawsze w głowie ten sam wielce uduchowiony obraz mentalny:

Chicho śmichy

Na zajęcia u Chicha przeznaczono ogromną salę, halę do gry w piłkę nożną, usytuowaną na którymś tam piętrze domu kultury Ormian (gdzie mieści się też la Viruta). A mimo to tłok był niemożebny. Tak na oko ze sto dwadzieścia osób. Może więcej! Są to bowiem zajęcia, na których bywać wypada. Nawet uznanym wymiataczom, ba, zwłaszcza im. Ostatnio tryb zajęć się zmienił, dotychczas jednak pierwsza dwugodzinna lekcja przeznaczona była dla osób średniozaawansowanych, następna zaś dla zaawansowanych. Jak myślicie na jakie zajęcia chodzili tangowi supermani?

Na jedne i drugie?

Zła odpowiedź. Tylko na poziom średniozaawansowany. Później połowa DNI, Guillermo Cerneaz, Alejandro od Marisol oraz inne tuzy miejscowych parkietów grzecznie się wycofywali. Wyglądało to tak, jakby wszyscy naraz zapałali nieprzepartą chęcią wyprowadzenia chomika na spacer, nakarmienia tamagotchi albo odwiedzenia wystawy albańskich kapsli po piwie.

Myślicie, że to wrodzona skromność nakazała im tę rejteradę już po pierwszej rundzie? Wprost przeciwnie.
Lekcje z Chicho przypominają targowisko próżności. Wszyscy wszystkich bacznie obserwują: komu wychodzi, kto daje ciała, kto wygląda jak z koziej trąby milonguero*… Tak tutaj hartuje się stal, panie i panowie. A poziom średniozaawansowany u Chicha jest jeszcze do przełknięcia, zwyczajnie diablo trudny. Natomiast zaawansowany jest po prostu niemożliwy. Na pierwszej lekcji tangowi geniusze mogą więc jeszcze zabłysnąć, lekcja druga już nijak się nie kalkuluje.

Tak się składa, że my mogliśmy uczestniczyć jedynie w tej drugiej lekcji, obserwowaliśmy ostatni kwadrans pierwszej.

Wiedzieliśmy, że będzie zabójczo, ale postanowiliśmy „zaliczyć” wreszcie Chicha.
Chicho…
Chicho, jaki jest, każdy widzi: zaawansowany pod każdym względem rokendrolowiec z uśmiechem do środka. Na sali czuło się krew, pot i graniczące z obłędem uwielbienie. „Średniakom” dał niezłego łupnia ćwicząc przeróżne transakcentacje, grał na nich, jak na bębnach (o ile pamięć nas nie zawodzi jest chyba perkusistą). A potem wszystko potoczyło się zgodnie z oczekiwaniami. Chicho nie strzępił ozora po próżnicy, nie komentował, nie doradzał. Jak grupa zaawansowana, to zaawansowana, radźcie sobie sami! Juana też nie należy do szczebiotek. A myśmy robili to, co jemu zawsze wychodzi tak prosto i pewnie: zaplatali ręce, robili gancza w volcadzie, voleos w colgadzie i bóg wie, co jeszcze.

porwanie-sabinek1

Może Chicho nasiedział się zbyt wiele we Florencji? Nie ma to jak kultura wysoka, już ona człowieka urządzi.
Chicho patrzył po sali z pewnym rozrzewnieniem i uśmiechał się coraz szerzej i coraz bardziej tajemniczo. A my też raźno volcadowaliśmy, voleowaliśmy, colgadowaliśmy i soltadowaliśmy, wymieniając z innymi parami gniewne spojrzenia. Po głowie kołatało się zdanie: „dziecko grało na brzytwie, a uśmiech miało coraz szerszy…”. To chyba z Lautréamonta. A może z Gavito?

*Guillermo radził sobie rewelacyjnie (dodawał nawet jakieś ozdobniki), Alejandro też śmigał, że miło było patrzeć. Ale reszta…


Archiwum