1) Serdecznie zapraszamy na warsztaty z milongi(milonga lisa, milonga traspie), które odbędą się 11-13 lipca w szkole przy ul. Ogrodowej 16.
Warsztaty przeznaczone są dla osób z co najmniej kilkumiesięcznym stażem tangowym, które w milondze czują się mniej pewnie (albo chcą ją poszlifować). Zajęcia będą się odbywały w szkole Stenotypii i Języków Obcych przy ul. Ogrodowej 16 (wejście od Dobrzańskiego). W programie sześć godzin zegarowych zajęć + godzinna practica poświęcona właśnie milondze. Limit par, zapisy mailem (caminito@o2.pl)
Cena: do 4 lipca włącznie - 120 zł. Później 150 zł.
Harmonogram
Piątek 11 lipca. Godz. 19:30-21:30
Sobota 12 lipca. Godz. 11:30-13:30
Niedziela 13 lipca. Godz. 11:30-13:30 + practica od 16:00 do 17:00 w CiFie.
2) W ten piątek (20 czerwca) nie będzie zajęć na Ogrodowej. W tym samym czasie odbywają się bowiem warsztaty z Ney Melo i Jennifer Bratt, nauczycielami , których bardzo wysoko cenimy. Zachęcamy wszystkich naszych uczniów do wysupłania tych kilku złotych więcej i skorzystania z warsztatów. Początkującym polecamy zwłaszcza zajęcia piątkowe (technikę ogólną i technikę dla dam).
28 czerwca i 4 lipca nasze zajęcia odbędą się normalnie. Później przerwa wakacyjna.
3) Zapraszamy 26 czerwca na milongę do teatru Montownia. Chodzą słuchu, że będziemy tam dawali pokaz. Być może jedyna w tym sezonie okazja do obrzucenia nas pomidorami lege artis.
4) Klamka jeszcze nie zapadła, ale prawdopodobnie zawiesimy practiki w Equilibrium na czas wakacji. Niewykluczone jednak, że ktoś przejmie pałeczkę…
W maju obchodzimy z Kasią rocznicę i nie chodzi o czterdziestolecie Maja ’68 – choć oczywiście wsławiliśmy się na tamtejszych barykadach – ale o początek naszych zabaw z tangiem. Pięć lat temu pojawiliśmy się po raz pierwszy w Offie na lekcji dla początkujących, którą prowadzili „pani Agnieszka” i „pan Tomek”, czyli Agnieszka Herbich i Tomasz Potocki. Po półgodzinnej lekcji zostaliśmy na milondze i, pamiętam do dziś, wykazaliśmy się wrodzonym wdziękiem i nielada talentem, bezskutecznie usiłując ominąć kosz na śmieci złośliwie stojący w rogu sali. Słowem, złapaliśmy bakcyla. Po miesiącu pęcznieliśmy z dumy, gdy udało nam się zatańczyć cały kawałek, wpadając na ludzi tylko ze trzy razy. Po dwóch miesiącach, pokrzepieni tym nieustannym pasmem sukcesów, ruszyliśmy na pierwszy warsztat z Argentyńczykiem (Miguelem Pla). Po trzech miesiącach nastąpił głęboki kryzys, albowiem muzyka, którą dotychczas po prostu lekceważyliśmy, zaczęła nam przeszkadzać. Następnie życiowe perypetie zmusiły nas do kilkumiesięcznej przerwy w tangu, po czym trafiliśmy do Pauliny i Janka, uczących w OKU, czyli niemal pod naszym domem. Po jakimś czasie muzyka zaczęła pomagać (Kasia straciła sporo zdrowia, rozrysowując mi jakieś tam takty na ósemki i szesnastki i powtarzając niezmordowanie pam pam pam pam, by zaspokoić moją przemożną potrzebę intelektualnego ogarnięcia tej kwestii!). Mniej więcej po roku, nowe epokowe odkrycie: pani S. Miller dowiodła nam, że jednak można tańczyć w bliskim trzymaniu. Minęły kolejne lata, wyjechaliśmy do Buenos, podbechtani przez Osky’ego przeszliśmy na ciemną stronę mocy – zaczęliśmy uczyć – ruszyliśmy do Buenos po raz wtóry…
Ale dość tych emeryckich wspominków.
O blaskach tanga nie ma co pisać: kto tańczy, ten wie, a kto nie tańczy, ten i tak nie zrozumie. Chciałbym natomiast rzec kilka słów o cieniach. Chodziło to za mną od pewnego czasu, rocznica jest dobrą okazją.
Nie wiem, czy dawniej było lepiej czy gorzej (kiedyś trzymaliśmy się bardziej z boku, teraz zaś, siłą rzeczy, więcej do nas dociera). Wiem natomiast jedno: obecnie atmosfera jest, delikatnie ujmując, nienajlepsza.
Tango – przynajmniej dla nas – to przede wszystkim zabawa (w szerokim słowa znaczeniu): czerpanie przyjemności z muzyki i tańca, sprawianie przyjemności partnerce/partnerowi, nawiązywanie znajomości, rozmawianie na milongach z ludźmi, picie, żartowanie, spędzanie czasu w miły i pogodny sposób. Do tego dochodzi pomaganie „młodszym” (co powinno być przyjemne i pożyteczne dla obu stron). No i wreszcie odrobinka życzliwości dla tych wszystkich, którzy dzielą z nami wspólne zamiłowanie.
Tylko tyle i aż tyle. Niestety, to tylko teoria i zbożne życzenia.
Mam wrażenie, że dla wielu osób tango stało się czymś śmiertelnie poważnym. To cudowne, jeśli taniec przeradza się w życiową pasję, ale gdy staje się źródłem wiecznych frustracji, generuje przemożną niechęć wobec lepiej tańczących i głęboką pogardę do tańczących gorzej, wtedy zaczynają się schody. Złośliwość, zjadliwość i głupota są zaraźliwe.
Kiedy słyszę dwie osoby „obrabiające” jakąś tancerkę słowami: „wygląda jak zużyta dziwka” lub „porusza się jak stara krowa” (to, niestety, autentyki!), najpierw popadam w osłupienie, a następnie zaczynam rozważać przerzucenie się na modelarstwo.
Kiedy widzę, jak siedzący „milongueros” patrzą na tańczące pary z miną, jakby ujrzeli psie łajno na samym środku szkarłatnego dywanu w pałacu Buckingham, zaczynam się gorączkowo rozglądać za wyjściem.
Kiedy dziewczyna tańcząca od kilku miesięcy (skądinąd wymiatająca tak, jak niegdyś „dwulatki”) zwierza mi się, że jakiś tangowy guru ochrzanił ją, że się nie rozwija, zmieszał ją z błotem i oznajmił, że nie nadaje się do tego sportu, mam wrażenie, że zaczyna nam dogrzewać i jest mi wstyd.
Kiedy widzę, że niektórzy uczą się już od roku i nie byli dotąd jeszcze na milondze (wpierw „muszą osiągnąć odpowiedni poziom, bo co inni powiedzą”), odnoszę wrażenie, że wszystko stoi na głowie.
Ba, tracę wiarę w ludzkości jutrzenkę świetlistą i pogrążam się w otchłaniach najciemniejszej mizantropii, gdy zauważam, że w czasie pokazów par polskich czy nawet zagranicznych (o niedostatecznie wyrobionych nazwiskach), tancerze od średniozaawansowanych wzwyż czują się zobowiązani siedzieć z nosem na kwintę i miną, jakby pożarli coś nieświeżego… Klaszczą, rzecz jasna, jedynie początkujący i uczniowie tych par, którzy, tym samym, wykazują się brakiem wyrobienia towarzyskiego. Przyjaciele tańczących par nie popełniają już takiego błędu i manifestują zniechęcenie na wyprzódki, aby udowodnić, że są wytrawnymi i w świecie bywałymi koneserami. Im tam nie zaimponuje byle co, chłopaki (i dziewczyny) znają się przecież na tangu.
Nie mogę też pojąć, czemu niektórzy zaawansowani stażem tancerze uważają zatańczenie (choćby nawet jednej tandy na całą milongę) z kimś mniej wyrobionym za dyshonor i skazę na swojej reputacji. Ciężko naśladować tych drani Argentyńczyków w tym, jak tańczą, dlatego też małpujemy Buenos jedynie w tym, co najgorsze: nie wymiatam jak Javier czy Rojas, ale im wyżej będę zadzierać nosa, tym bardziej się zbliżę do nich statusem (oczywiście w naszym grajdołku).
Denerwują mnie też antagonizmy między „tango-szychami”: obmawianie się nawzajem za plecami, by następnie, w sytuacjach bardziej oficjalnych, ćwiczyć szczere uśmiechy i prawić sobie dusery. Dajmy sobie z tym spokój! To właśnie nauczyciele, organizatorzy milong, członkowie ATA, zaawansowani tancerze itd. powinni się czuć najbardziej zobligowani do tworzenia dobrej atmosfery w środowisku. Możemy w tej lub innej osobie widzieć takie lub inne przywary czy braki, jeśli sprawa jest naprawdę poważna, rozmawiajmy o tym, choćby nawet publicznie, spierajmy się otwarcie i dyskutujmy zażarcie, ale pamiętajmy też, że każdy robi coś fajnego dla tanga. Starajmy się raczej mitygować krytykanckie zapędy ludzi niż je podsycać. Bo w końcu na parkiecie zostaniemy tylko my, a jest to wizja, delikatnie mówiąc, koszmarna.
Czemu to wszystko piszę? Otóż, po pierwsze, widzę, że w tym mieście tango, które kocham, zaczyna gnić. Po wtóre, wierzę głęboko, że tańczący tango są naprawdę w porządku. Wzięci osobno to sympatyczni, życzliwi, pomocni ludzie. Odbija nam dopiero w grupie. Dlatego też, jak sądzę, łatwo coś zmienić. Nie potrzeba do tego żadnego wysiłku, ciężkiej pracy nad sobą i tym podobnych dyrdymałek; nie powiem, że wystarczy odrobina dobrej woli, bo brzmi to ciotkowato, ale może zwykła racjonalna kalkulacja? Gdy obmawiamy, gdy patrzymy na ludzi z ukosa, gdy kogoś obsmarowujemy, możemy być pewni, że wróci to do nas rykoszetem. Dajemy bowiem przyzwolenie na to, by inni nas obsmarowywali, traktowali jak łajno i zniechęcali nas do tanga.
Nie twierdzę, że sam jestem bez winy. Trująca atmosfera mnie też zdołała zapewne podtruć. Jeśli komuś zalazłem za skórę, przepraszam. Jeśli ktoś mi za nią zalazł to… jeszcze się policzymy!
Rzadko się zdarza, że autor ma nadzieję, że to, co napisał – to zwykły stek bzdur. Tymczasem taką właśnie mam nadzieję. Jeśli, szanowni czytelnicy, uważacie, że opisane przez mnie ponure zjawiska wyssałem z palca, a atmosfera w „środowisku” jest znakomita – to rad jestem wielce, kajam się i, za Franciszkiem Villonem, konkluduję: „Ot, w puste wdałem się bajbaju”.
Jeśli jednak skłonni jesteście przyznać mi rację, choćby częściową, to nie zadowalajcie się jałowym utyskiwaniem. Trawestując pewnego niemieckiego filozofa: „Milongueros dość już narzekali na atmosferę panującą w środowisku. Teraz idzie o to, aby ją zmienić”.Rocznicowe pozdrowienia,
Tak, wiem. Chwilowo niewiele się tu dzieje. Jest to jednak cisza przed burzą: przygotowujemy stronę internetową, która lada dzień winna ujrzeć wirtualne światło. Cierpliwości!
Wczoraj odbyła się pierwsza - po dłuższej przerwie - milonga “U artystów”. Wspominam o tym, gdyż była ona znakomitą odpowiedzią na nasz ślizgowy apel. Taki właśnie powinien być parkiet na milongach. Mamy nadzieję, że organizatorka nie da posłuchu wrażym siłom i nie zacznie go kalać zasypkami, nielicującymi z godnością prawdziwych milongueros.
Chciałbym poruszyć jeszcze jedną sprawę, o ileż istotniejszą. W Warszawie toczą się obecnie dyskusje na temat zagospodarowania brzegów Wisły. Znając mentalność naszych decydentów (i pomysły rodzimych urbanistów) byłbym skłonny się założyć, że nic z tego nie wyjdzie (lub też, owszem wyjdzie, ale tak, że aż strach się bać). Odkładając jednak na bok odarty ze złudzeń pesymizm, chciałbym podać pod dyskusję pewien pomysł. Otóż marzy mi się, by powstało u nas takie miejsce do tańczenia tanga, jakie istnieje chociażby nad paryską Sekwaną. Dla niezorientowanych: w jednym z tamtejszych parczków wybudowano dwie niecki - zwane “arenami” - wyłożone (o ile pamiętam) kaflami. W jednej niecce kolesie grają czasem na bębnach, w drugiej zaś w okresie letnim co noc tańczy się tango. Wiem, że Warszawa nie Paryż, na liryczne oświetlenie z przepływających bateaux-mouches nie mamy co liczyć, a nasza droga Wisełka zalatuje nieco mniej romantycznie, a bardziej dosłownie, niż modra Sekwana (choć pod tym względem idzie chyba stopniowo ku lepszemu).
Ale zważcie sami: czyż nie byłoby pięknie móc sobie pohulać co noc na świeżym powietrzu? I jakaż wspaniała by to była wizytówka (i reklama) naszego tanga!
Czy jest to projekt realistyczny? Pojęcia nie mam. Gdyby chodziło nam o ogrodzenie jakiegoś skwerku czy wybetonowanie placu zabaw załatwilibyśmy sprawę raz dwa. Ale stworzenie miejsca do tańca? Wszyscy będą się pukać w łeb. W warszawskim środowisku tangowym są jednak ludzie zdolni, rezolutni i pomysłowi. Wspólnymi siłami może zdołalibyśmy coś wskórać?
Można by na początek zorganizować wystawę fotografii milong pod chmurką z różnych miast (w tym naszych, warszawskich), żeby sprawę nagłośnić. Można redagować pisma, opatrywać je całym mnóstwem poważnych pieczątek czy ludycznych podpisów i słać je tam, gdzie lądują tego typu utwory. Można się opowiedzieć za wariantem kilkunieckowym i skumać się z kolegami salcowcami, żeby powalczyć wspólnie (przyjmując, że w razie czego możemy podzielić się nocami tygodnia). Można się gdzieś przykuć albo tamować ruch uliczny. Można wznosić gniewne okrzyki. Z samospaleń zrezygnujmy, by nie narażać się naszym przyjaciołom ekologom.
Możemy też sięgnąć po tajną, niszczycielską broń i spróbować wciągnąć w tę akcję ATA!
Gnuśne caminito z pewnością takiej kampanii nie pociągnie, nie ma też ambicji jej koordynowania. Rzuca ot tak pomysł, a jeśli znajdzie się więcej osób czy organizacji, którym się on spodoba, chętnie włączy się do działań w miarę swoich skromnych możliwości…
W ten piątek - po świątecznej przerwie - zapraszamy ponownie na lekcje w szkole Stenotypii i Języków Obcych przy Ogrodowej 16 (budynek złośliwie schowany za Ogrodową 8, wejście od Dobrzańskiego). Na lekcji dla początkujących (od 18:45) - podstawy. Na lekcji dla średniozaawansowanych-zaawansowanych (od 20:10) tym razem rytmika i obroty w stylu milonguero (od najprostszych do bardziej skomplikowanych rytmicznie). Zapraszamy.
Przenikliwy czytelnik wykrył błąd w tekście “Podróż do wnętrza B.A.” i wytknął mi uprzejmie entomologiczną ignorancję. Jego (słusznym) zdaniem w Polsce, podobnie jak w B.A., najczęściej spotykaną odmianą karalucha jest prusak, nie zaś karaczan wschodni. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że u mnie w domu tych przemiłych zwierzątek - odpukać - nie ma, a od paru lat nie miałem okazji prowadzić terenowych badań (na słynnym osiedlu za Żelazną Bramą).
Być może udzielił mi się świąteczny czas zadumy i wzniosłego namysłu nad sprawami nieprzemijającymi, choć pewnie cierpię tylko na jakieś osobliwe dolegliwości będące skutkiem ubocznym przeżarcia. W każdym razie zastanawiałem się właśnie nad złożonym problemem naszych rodzimych parkietów i pragnąłbym wywołać ogólnonarodową dyskusję w tej na pozór przyziemnej, choć w istocie szlachetnej i ważkiej materii.
W Warszawie na niektórych milongach (Chłodna, Złota), organizatorzy z lubością posypują parkiet specjalnym talkiem, kręcąc przy tym z zatroskaniem głową i wypowiadając sentencjonalne formułki w rodzaju: „strasznie dzisiaj ślizgo, psiajucha!”.
Co się wówczas dzieje? Podłoga staje się tępa tam, gdzie padł cudowny proszek, natomiast miejscami jak była śliska, tak śliską pozostaje.W rezultacie tancerze to się ślizgają, to gwałtownie wyhamowują, nie wiedzą, czego się spodziewać, jakimże bogom zawierzyć.
Światowcy znający parkiety takich milong z Buenos jak „El Beso” czy „Niño Bien” zgodzą się pewnie, że w porównaniu z nimi lodowiska zdają siępluszowym dywanikiem z hotelu Bristol lub wybetonowanymi boiskami. Tam dopiero można poczuć, co znaczy ślisko. Nikt nie bruka parkietu talkami i pewnie właśnie dlategotańczy się tam najwspanialej w świecie!
Przybysz z bardziej tępych regionów geograficznych może się czuć skonsternowany przez pierwszą tandę lub dwie. Po kilku widowiskowych przewrotkach zaczyna się jednak przystosowywać i uczy się traktować parkiet jak sprzymierzeńca, nie zaś wroga tancerza.Na takim parkiecie nie trzeba być jednym z braci Zotto, żeby wykonywać wspaniałe planea, enrosques czy choćby zwykłe pivoty.I to bez najmniejszego wysiłku: można wreszcie dać odpocząć strudzonym biodrom.
Partnerzy przestają szarpać; partnerki uczą się „trzymać podłoża”, tańczą spokojniej, dokładniej, słowem lepiej: nie ma innej możliwości.
Może więc warto i u nas, choćby na próbę, odłożyć produkty firmy „JOHNSON’S® Baby” do szafy?
Ci, którzy nie chcą się ślizgać, mogą wszak zwilżać od czasu do czasu podeszwy wodą lub olejkiem rycynowym. Zamiast skórzanych wybrać podeszwy zamszowe lub skórzane z gumowym„oczkiem” (podeszwa w całości gumowa nadaje się tylko na kafelki, marmur itd.). I wreszcie wymienić drewniany czy skórzany obcas na gumowy (nasadka na obcas w damskich butach też nie musi być plastikowa)…
Niestety, J&V musieli przełożyć swój wyjazd do Europy. Opuszczają bajeczne Buenos dopiero w lipcu. Tak więc, z nieopisanym żalem, musimy przełożyć warsztaty na bliżej nieokreśloną przyszłość. Może uda nam się zorganizować je w sierpniu lub wrześniu?
Jest jeszcze cień szansy, że jednak zdołamy coś wykombinować na maj. Napisaliśmy do Pabla Rodrigueza i Noelii Hurtado, którzy właśnie bawią w Europie (a których, według wstępnych ustaleń, mieliśmy sprowadzić w trakcie ich kolejnej podróży, czyli gdzieś w listopadzie). Może będą mieli jakieś “okienko” właśnie w maju?
Argentyńczycy mają jednak nader bezstresowe podejście do odpisywania na maile, musimy się więc uzbroić w cierpliwość. Gdy tylko nam odpiszą, natychmiast poinformujemy was, co i jak. Są genialnymi tancerzami i nauczycielami więc trzymajcie kciuki!
Fabián Salas nie jest naszym ulubionym tancerzem. Większość dostępnych na youtube pokazów z jego udziałem podoba nam się - mówiąc oględnie - średnio. Aczkolwiek z Cecilią Gonzales - do niedawna jedyną krótko obstrzyżoną Argentynką - tańczył niegdyś rewelacyjnie, co widać na załączonym obrazku.
W każdym razie zamieszczony poniżej wywiad wydaje nam się z wielu względów ciekawy.
Zresztą tekstów o tangu (zwłaszcza zaś tekstów po polsku) jest u nas tyle, co kot napłakał, a głód czytelniczy wielki. Tak więc nie ma co wybrzydzać, prosimy rozsiąść się wygodnie i wysilić ślepka.
Keith Elshaw: Gdy patrzę na wasz taniec (na przykład wczoraj wieczorem podczas Tango Masters Show w Miami), mam poczucie, że jestem świadkiem czegoś niezwykle ważnego. Skąd się bierze to wrażenie? Co takiego widzę?
Fabián Salas: Pojęcia nie mam… Wiem natomiast, co na czym polega różnica. Trzeba pewnego doświadczenia, żeby ją dostrzec, większość ludzi jej nie zauważa. Nie chcę używać mocnych słów, ale co tu kryć, ludzie przywykli do bzdetów. Sądzą, że im więcej skomplikowanych figur wykonujesz, tym lepszym jesteś tancerzem. Bzdura.
Wczoraj przyglądaliśmy się temu turniejowi. Powiedziałem Carolinie, że szalenie trudno jest powiązać rozmaite elementy w spójną, sensowną całość, żeby taniec nie wyglądał jak dziwny zlepek figurek. Niestety, przeważnie tak właśnie wygląda. Większość tancerzy, których oglądaliśmy, nie potrafiła tańczyć. Ci zaś, którzy tańczyć umieli, przegrali. To poważny problem. Wiedziałem, skądinąd wszyscy wiedzieli, że ta para dzieciaków z Miami zwycięży w konkursie. Na drugim miejscu umieściłem Victora [Crichtona]… Moim zdaniem tańczył najlepiej. Ale inni jurorzy go nie docenili, nawet nauczyciele. Są złaknieni popisów i faramuszek.
Aby być dobrym tancerzem, trzeba wszystko harmonijnie powiązać, a przede wszystkim opanować podstawy, które umożliwiają dialog z partnerem. To najważniejsza sprawa, choć niewiele osób to rozumie.
Keith: Pomówmy jednak o waszej technice nauczania. Czy aby zrozumieć to, co mówicie, trzeba być doświadczonym tancerzem?
Fabián: Skąd. Zabrzmi to zapewne nieco pretensjonalnie, sądzę jednak, że udało nam się odkryć pewną strukturę – fundament każdego stylu tanga. Podstawową zasadę ruchu, możliwości, jakie mają tancerze.
Tak naprawdę wszyscy tancerze wykorzystują to, co odkryliśmy, ponieważ sięgnęliśmy do źródeł. Tancerze o rozmaitych stylach mogą ze sobą tańczyć. Nauczyciele jednak o tym nie mówią, nie uczą tego. Wszyscy uczniowie przeczuwają, że coś takiego istnieje, ale nie potrafią tego precyzyjnie określić.
Niestety, nie przeprowadziliśmy żadnych „naukowych” badań tego zjawiska, które uwieńczyłaby książka czy choćby instruktażowa kaseta wideo. Powinniśmy byli zacząć od przekazania naszej wiedzy nauczycielom. Większość z nich nie ma bowiem pojęcia, o czym mówimy. W tym cały szkopuł.
Gdy tylko taka książka się ukaże, nauczyciele ją kupią, zaszyją się w domu, gdzie nikt ich nie widzi, i uważnie ją przestudiują. Może wtedy zrozumieją, o co nam chodzi. Przecież nie przyjdą na nasze lekcje, to by uwłaczało ich godności! Wolą nadal uczyć tak, jak to robią od lat, to znaczy wciskać uczniom kit: 1,2,3,4,5,6,7,8. Później ludzie pytają nas o „krok numer 5”… Nie ma czegoś takiego! Nie ma kroku piątego, nie ma kroku drugiego, nie istnieje nic takiego jak krok siódmy. To fałszywa struktura, która nie ma żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistym tańcu. Tak zwany „krok podstawowy” nie jest krokiem podstawowym. Zresztą ci nauczyciele, kiedy sami tańczą, nigdy nie wykonują owego „kroku podstawowego”, nie posługują się nim. Faszerują tym uczniów: a teraz krok podstawowy: 1,2,3,4,5,6,7,8… To koszmarny problem. Oznacza bowiem, że nauczyciele źle uczą. Nie przekazują uczniom tego, co istotne.
Nie potrafią zrozumieć, że struktury tańca nie można się nauczyć intuicyjnie. Trzeba nad nią pracować, zrozumieć niektóre sprawy. Większość nauczycieli nie ma o tym pojęcia. Tu leży pies pogrzebany.
Zdarza się, że podchodzą do mnie doświadczeni nauczyciele i pytają, co to takiego „krok pizza”. Są przekonani, że istnieje coś takiego jak „krok pizza”, ponieważ znają „kanapkę”, a nam, na lekcjach, zdarza się czasem wspominać o kawałkach pizzy, kiedy chcemy obrazowo wytłumaczyć podział koła na trójkąty. Uważam, że elementarnym obowiązkiem nauczycieli powinna być próba zrozumienia, o co w tym wszystkim chodzi. Ale nie zadają oni sobie tego trudu. Słyszeli od jakiegoś ucznia, który uczestniczył w naszych zajęciach, że była mowa o pizzy. Stawiają uszy na sztorc i chcą się koniecznie dowiedzieć, na czym polega „krok pizza”. Nie znasz tego kroku? Wszyscy o tym gadają! To ostatni krzyk mody! Takie rzeczy doprowadzają mnie do szału.
Keith: Nasuwają mi się dwa pytania. Zacznę od drugiego: ty i Carolina wyglądacie wspaniale, kiedy tańczycie, ale ona jest zawodową tancerką [Fabián: To prawda]. Wielu facetów zastanawia się, czy można to wszystko zatańczyć z dziewczyną, która nie ma tak dobrej równowagi, postawy, techniki. Robicie wiele obrotów i innych skomplikowanych elementów.
Fabián: Pomówmy zatem o zaawansowanym tańczeniu. W ostatnim czasie taniec na tym poziomie zaczął pod wieloma względami przypominać sport wyczynowy. Nie ma sensu mówić o tym, jak doskonali byli sprinterzy 40 lat temu. W porównaniu z dzisiejszymi mistrzami tamci wlekli się jak żółwie. Wszystko się zmienia. Mistrzostwo nie jest już kwestią wrodzonego daru czy talentu. Z tangiem i innymi tańcami jest podobnie. W tańcach towarzyskich i w balecie widać to zresztą doskonale: zawodowcy to prawdziwi atleci.
Zaczynamy powoli rozumieć, że tango nie jest dla wszystkich. Jeśli chcesz być naprawdę dobry, musisz zapanować nad wieloma sprawami. To już nie jest tylko kwestia czasu czy pracy nad równowagą. Tango stało się bardzo złożonym tańcem.
Zawsze utrzymywałem, że próba zrozumienia tańca nikomu nie wyrządzi krzywdy. Nie wiem, dlaczego tyle osób podnosi krzyk, piętnując „racjonalne podejście” do tańca. W każdym tańcu istnieje coś takiego jak technika. W balecie, w tańcach towarzyskich technika nikogo nie razi. A w tangu nie ma nic, oprócz tego, co nauczyciel wbija ci do głowy w danym momencie. I każdy nauczyciel mówi coś innego niż pozostali. Uczeń musi rozsądzić, co jest słuszne, a co nie. A przecież to nie jego rola. Wszak jest dopiero uczniem, prawda?
Ne należy go obarczać takim zadaniem, powinniśmy przed nim odkrywać o wiele więcej rzeczy, niż to się zazwyczaj robi.
Keith: Dwa wieczory temu przyglądałem się, jak tańczysz z dziewczyną z Miami. Wyglądało to pięknie, chociaż nie jest ona „tancerką”, tylko typową osobą, która chce tańczyć tango. Nie zrobi efektownych obrotów, podskoków itd.
Fabián: Słusznie. „Normalna” osoba, która potrafi chodzić, potrafi też tańczyć. To wszystko. Nie musi znać żadnych szalonych patentów. Dlatego kładziemy nacisk na chodzenie i sposób poruszania się.
Obecnie ludzie nim się poruszą, robią zbyt wiele rzeczy. Tak ich nauczono. Zamiast się zrelaksować, pozwolić by ruch ich ogarnął, a następnie poprawić kilka drobnych rzeczy tu i ówdzie, zbyt wiele myślą, zaczynają przyjmować jakieś dziwaczne pozycje ciała, kombinują coś ze stopami, w związku z czym muszą patrzeć pod nogi… Tak nie da się tańczyć tanga. Wiele osób pyta mnie w czasie lekcji: ile ciężaru mam postawić na tej nodze, ile kilogramów?” albo „jaki dokładnie kąt rozstawienia stóp będzie tutaj potrzebny?”. Nie tędy (taneczna) droga. Rozumując w ten sposób, nie możemy chodzić. A przecież właśnie tego chcemy.
W pewnym momencie trzeba dać im coś, czego mogliby się trzymać, udzielić konkretnych wskazówek. Trzeba powiedzieć: „Zrób to w ten sposób, połóż rękę tutaj”. Tak, by mogli to zrozumieć. Dlatego też liczni uczniowie dopiero po wielu latach pojęli, że jesteśmy dobrymi nauczycielami. Wcześniej nie potrafili ogarnąć tego, co mówiliśmy, przywykli do nauki według zasady „1,2,3,4,5,6,7,8”; był to patent, który do nich trafiał. A teraz my im mówimy: „nie ma czegoś takiego, jak krok podstawowy, numer 1 nie istnieje, numer 8 też nie istnieje; nie ma żadnych cyferek”. Mamy po prostu trzy kroki w każdym kierunku, można z tego utworzyć wiele kombinacji i to wszystko.
Okazuje się jednak, że uczniowie stawiają opór. Podchodzą do mnie i mówią: „To jest numer 4”. Odpowiadam: „Nie ma żadnego numeru cztery”. Oczywiście rozumiem, o co im chodzi, ale bardzo trudno sprawić, by zaczęli myśleć o tangu w inny – właściwszy – sposób.
Keith: Powiedzmy, że zaczynacie kogoś uczyć od podstaw. Jak ten uczeń wygląda po pół roku? Czego się nauczył? Czy potrafi tańczyć z każdym?
Fabián: Jeśli przykłada się do nauki, to tak.
Keith: Weźmy pierwszą godzinną lekcję dla absolutnie początkujących. Od czego zaczynacie?
Fabián: Od chodzenia. Proszę ludzi, żeby chodzili naprzeciwko siebie. To wszystko. Potem tłumaczę im, jak dochodzi się do krzyżyka. Oczywiście jeśli starczy na to czasu. Jak na godzinną lekcję to zbyt wiele informacji. Na tej pierwszej lekcji chcę po prostu pokazać, jakie struktury wykorzystuje tango argentyńskie. Później są obroty. Dla nas tancerzy, wszystko jest obrotem. „Krok podstawowy” to nic więcej jak obrót w lewą stronę; dlatego właśnie następuje krzyżyk. To jeden i ten sam kod. Ludzie stosują to od lat, ale nie zdawali sobie z tego sprawy. Dla początkującego to jednak zbyt wiele na raz. Wychodzą z lekcji z mętlikiem w głowie. Później idą na następną lekcję, z innym nauczycielem, ten zaś im wyłuszcza: „Dobra: tak wygląda krok podstawowy. Partnerzy ustawią się z jednej strony, partnerki z drugiej; 1,2,3,4,5,6,7,8”. Tak właśnie się uczy. W porządku, wszyscy od tego zaczynaliśmy. Wieloletnia praktyka wskazuje, że to całkiem nieźle działa. Ale moim zdaniem istnieje inny, lepszy sposób.
Przede wszystkim uczenie osobno partnerów i partnerek to błąd. Gruby błąd. Nauczyciele tego nie rozumieją, ale chodzi przecież o to, by uczyć się chodzenia w parze, a nie w pojedynkę (z tym akurat każdy sobie dobrze radzi). Dla mnie to trochę tak, jakby ktoś chciał się nauczyć gry na pianinie, a nauczyciel wręczył mu puzon. Ćwiczenia z puzonem nic temu uczniowi nie pomogą. Może mu nie zaszkodzą, zgoda, ale to by było na tyle. Mamy do czynienia z zupełnie odmiennym procesem pedagogicznym. Nie nauczysz się szybciej grać na pianinie, jeśli będziesz jednocześnie ćwiczył grę na puzonie. A bardziej prawdopodobne, że nauka zajmie ci więcej czasu. Tak samo nauka tańca „osobno”
nie działa. Nigdy tego nie robimy.
Ale spróbuj o tym przekonać nauczycieli! Odpowiedzą, że przecież trzeba uczyć techniki. Dlatego partnerki uczą się wykonywania voleos bez partnerów. To jakiś obłęd. Przecież to partner daje energię, która generuje voleo. Jak można nauczyć się wykonywać voleos, ćwicząc przy drążku, który jest pozbawiony energii? W taki sposób uczymy się tylko tańczenia niezależnie od partnera. A tego właśnie nie chcemy!
Figury są najmniej istotne. Najpierw trzeba się nauczyć podążania, wczuwania się w partnera, a dopiero później figur. Odwrotnie się nie da. Jeśli nie wiesz, jak powinno się „czuć” voleo, jeśli nie wiesz, jakiego prowadzenia należy oczekiwać, nigdy tego nie zrobisz. Tłumaczenie przez dwie godziny partnerkom, jak powinny wyglądać ich stopy w trakcie voleo to nonsens. Przecież ktoś musi poprowadzić to voleo!
Keith: Często mówisz „my”: „my odkryliśmy”, „my szukaliśmy”… Kim są ci „my”, co takiego zrobiliście, w jakim punkcie jesteście teraz?
Fabián: Wiele lat temu – jeszcze przed 1990 rokiem – poznałem Gustava Naveirę, tancerza, który wywarł na mnie największy wpływ. Przez pewien czas pracowaliśmy razem i chociaż nie mogłem się z nim równać (tańczył o wiele dłużej niż ja, a poza tym jest tancerzem fenomenalnym), zaczęliśmy toczyć długie rozmowy o tangu.
Pamiętam, że bardzo nas poruszyło, iż tylu tancerzy umiera – tak wielu milonguero i nauczycieli… Odchodzili jeden za drugim, po trzech, czterech na rok. To była katastrofa. Powiedziałem: „Gustavo, musimy sobie radzić sami. Już niemal nikt nie został, a nawet jeśli, to i tak nam nie pomogą, wiesz, jak trudno się gada z tymi ludźmi. Musimy się zacząć uczyć od siebie. Przemyśleć to wszystko od podstaw. Zaprośmy tych, których uważamy za dobrych tancerzy i zaproponujmy im wymianę doświadczeń. Wspólne, poważne ćwiczenia. Wspólne analizowanie tańca”.
Nie pamiętam, kiedy odbyło się pierwsze spotkanie, w każdym razie nawiązaliśmy kontakt z różnymi nauczycielami i tancerzami, którzy wydawali nam się odpowiednimi partnerami do dyskusji i wymiany poglądów. Przez kilka miesięcy spotykaliśmy się raz lub dwa razy w tygodniu. Ale współpraca nie układała się najlepiej. Myśleli, że chcemy im ukraść ich „kroczki”. Nawet teraz tak się dzieje. Każdy tanguero ma swój kroczek, który hołubi niczym największy skarb i nie chce się nim z nikim dzielić. My uważaliśmy, że dzielenie się jest czymś bardzo cennym. W końcu zdaliśmy sobie sprawę, że pomysł nie wypalił. Spotykaliśmy się coraz rzadziej, mieliśmy wiele zatargów z owymi „wybitnymi tancerzami”. Powiedziałem: „Gustavo, tylko ty i ja mówimy tym samym językiem. Radźmy sobie sami”. I tak zrobiliśmy.
Nie wiedzieliśmy, czego szukamy. Po prostu… rozglądaliśmy się. Strasznie nas to nakręcało. Spędzaliśmy razem po kilka godzin dziennie. Nie mieliśmy czasu na sen. Długimi godzinami pykaliśmy w bilard, gadaliśmy i żłopaliśmy kawę. Kiedy wyrzucano nas z jednego lokalu, przenosiliśmy się do następnego, a potem do kolejnego. Gadaliśmy całymi nocami. Przez kilka lat.
W końcu uznaliśmy, że trzeba coś z tym zrobić, żeby cała praca nie poszła na marne. Zaczęliśmy tańczyć, odkrywać to, czego jeszcze nie znaliśmy. Codziennie pojawiały się nowe patenty. Nie kroki, lecz koncepcje. Szukaliśmy po omacku, nie było w tym żadnego porządku. On tańczył, ja się przyglądałem, i nagle pojawiał się jakiś pomysł. Szukaliśmy jednak struktury. Chcieliśmy móc powiedzieć: to funkcjonuje w taki sposób, a to w taki…
Nie chodziło nam o to, powiedzmy, jak się robi voleo. Chcieliśmy ustalić, ile w tangu istnieje możliwych rodzajów voleo. Ile jest różnych ganchos. Ot, takie sprawy. Chcieliśmy mieć pełną wiedzę na temat tego, co da się zrobić w tym tańcu.
Keith: Coś w rodzaju inwentaryzacji.
Fabián: Właśnie. Ale w tym celu potrzebowaliśmy struktury. Ustalenia, co sprawia, że te wszystkie kombinacje są możliwe. Pewnego dnia – może siedem czy osiem lat temu – doszliśmy do wniosku, że fundamentalną strukturą w tangu argentyńskim jest obrót. Ta struktura zawsze była tam obecna. Ale nie widać jej, dopóki nie zacznie się jej szukać.
Zobaczyliśmy, że tak zwane kroki do boku (nazywamy je obecnie krokami otwartymi) pojawiają się w tańcu co chwila, ale wcale nie wyglądają jak krok do boku. Wyglądają jak krok do tyłu lub do przodu. Byłeś na naszej lekcji. Wyjaśniałem różnice pomiędzy tymi krokami w bok: kiedy wychodzę na zewnątrz, następuje krzyżyk.
To było przełomowe odkrycie. Oczywiście już wcześniej mieliśmy sporą wiedzę. Znaliśmy wiele kroków, wiele możliwości. Teraz jednak mogliśmy „czytać tango” według tej prostej siatki: otwarcie [apertura], tył, przód. To wszystko. Pomnożyć przez dwie strony – daje to sześć możliwości. I to właśnie mamy w tangu argentyńskim: sześć różnych kroków.
Trzeba było jeszcze nauczyć się wykorzystywać tę siatkę do analizy tradycyjnego tańca, który istniał przecież, zanim się pojawiliśmy. Pamiętam, jak Gustavo powiedział: „musimy wymyślić coś, co będzie odpowiednikiem voleo – wyobraź sobie pierwszą osobę, która wynalazła voleo. Albo gancho”. Zobaczmy, jak to wygląda w rzeczywistym tańcu. Czy coś wymyśliliśmy? Absolutnie nic. Oczywiście zaczęliśmy mówić o voleos liniowych, pokazaliśmy nowe rodzaje gancho, ale to wszystko właściwie już istniało. Nawet to, co nazwaliśmy w końcu „zmianami kierunku”. Nie wymyśliliśmy tego. Zmiana kierunku to najzwyklejsze w świecie ocho.
Co więc zaproponowaliśmy? Tancerz ma w każdym momencie trzy możliwości. Wybierzmy tę, której nikt wcześniej nie wypróbował. Zróbmy z tego strukturę a nie po prostu kolejną figurkę.
Keith: Zawsze są trzy możliwości?
Fabián: Tak, każda noga może wykonać trzy ruchy. Albo „aperturę” albo krok do przodu, albo krok do tyłu. To wszystko. Tancerz jest zawsze w jednej z tych trzech pozycji.
Keith: To chyba kluczowa zasada w waszym sposobie tłumaczenia tanga. Przed wami nikt nie posługiwał się tak prostym konceptem?
Fabián: Nikt.
Keith: Rzeczy najbardziej podstawowe są często najprostsze, a jednocześnie najtrudniejsze do zauważania.
Fabián: Nic się pod tym względem nie zmieniło. Nie mamy wpływu na sposób, w jaki inni nauczyciele uczą tanga na całym świecie. To znaczy wywieramy pewien wpływ, ale w bardzo ograniczonym zakresie. Ilu osobom można coś przekazać w czasie jednej lekcji? A ile osób tańczy tango? Ilu jest nauczycieli? A ja jestem bardzo popularnym nauczycielem, to samo można też powiedzieć o Gustavo. Ilu nauczycieli mówi uczniom rzeczy, które są równie proste do zrozumienia? Większość z nich mówi rzeczy, z którymi się nie zgadzamy. Od którego momentu, od jakiego punktu można uznać, że ktoś wywiera rzeczywisty wpływ?
Keith: Pojawiło się coś nowego, nie wiem jak to nazwać, może filozofią albo stylem, które rozwinęliście. Przez pewien czas będzie trwał zamęt: co to właściwie jest, jak to określić?
Fabián: Słusznie. W Europie większość ludzi tańczy w taki sposób jak my. Ale tylko nieliczni wiedzą, skąd to się wzięło. Nowi tancerze, ćwiczący tango od dwóch, trzech czy czterech lat, zaczęli się od razu uczyć we właściwy sposób, nie wiedzą, jak to wszystko kiedyś wyglądało. Nie rozumieją różnicy między tak zwanym tradycyjnym tangiem a tak zwanym nowym tangiem. Nie widzą, w którym momencie nastąpił przełom. Teraz wszystko się już przemieszało. Ci jednak, którzy tańczą od 10 lat doskonale widzą różnicę. Obecnie tango wygląda zupełnie inaczej niż osiem lat temu. A wszystko zaczęło się od dwóch gości: od Gustavo i ode mnie. Później pojawili się Pablo [Veron] i Chicho.
Nigdy nie planowaliśmy stworzenia jakieś nowej struktury. Po prostu musieliśmy to zrobić. A naszych odkryć nie zamierzaliśmy zachowywać dla siebie. Chcieliśmy się tym dzielić. Uczyć.
Nie przyszło to łatwo. Kiedy odkryjesz coś ważnego, trudno jest przyjść na lekcję i oznajmić: „Słuchajcie, cały czas byliśmy w błędzie. Należy tańczyć inaczej”. Zdarzało mi się, że mówiłem swoim uczniom: „zapomnijcie co wam, powiedziałem. Musimy to ująć w nowy sposób”. Ilu ludzi na to stać? Ilu nauczycieli zdobędzie się na to, by przyznać się do błędu?
Większość nauczycieli, nawet ci, którzy nas bez przerwy krytykują, wykorzystuje nasze odkrycia. Może nawet nie wiedzą, kto jest ich twórcą. Pewnie podejrzeli je na jakimś show. Ale zanim my się pojawiliśmy, wielu rzeczy po prostu nie znano. Naprawdę. Większość nauczycieli, gdy daje pokazy, posługuje się naszymi wynalazkami.
Keith: Niestety, choreografowie nie mogą opatentować swoich wynalazków, są w gorszej sytuacji niż kompozytorzy.
Fabián: Kogo to obchodzi? Gwiżdżę na prawa autorskie. Zależy mi jedynie na tym, żeby zawodowi tancerze i nauczyciele zrozumieli, że to, co przez całe życie nazywali błędem, jest właśnie słuszne i w praktyce powszechnie przyjęte. Żeby przejrzeli wreszcie na oczy i przestali kwestionować rzeczy oczywiste. Nie chodzi mi o wymyślanie jakichś etykietek, w rodzaju „tango nuevo”. Chcę, by ludzie przyznali, że dokonuje się pewna ewolucja – z nimi czy wbrew nim.
Keith: Czy można powiedzieć, że ludzie z innych krajów są bardziej otwarci na zmiany od Argentyńczyków, którzy trzymają się kurczowo utartych opinii?
Fabián: Cóż, Argentyńczycy nie są chyba najbardziej… Jakby to ująć?… W Argentynie też mam uczniów, ale ilu ich jest? Ile czasu spędzamy w kraju, ucząc? Wiele osób przyjeżdża do Argentyny z Europy. I tańczą lepiej od Argentyńczyków. W naszym mniemaniu.
Pochodzisz z Argentyny, kolebki tanga? No to jesteś pewnie niezły. Bzdura. Moim zdaniem nie ma czegoś takiego, jak tango argentyńskie. To po prostu pewna technika tańca. Wywodzi się z Argentyny, odnosi się do tanga, jasne – ale dziś jest czymś uniwersalnym.
Właśnie dlatego nazwaliśmy nasze stowarzyszenie: Cosmotango.
Keith: Nie przeszkadza ci, że musiałeś to jakoś nazwać, opatrzyć etykietką?
Fabián: Oczywiście, że nie.
Keith: I zdecydowałeś się na Cosmotango?
Fabián: Tak się nazywa nasze stowarzyszenie. Jeśli chodzi o taniec, jest to po prostu tango. Mówimy, że jest to tango argentyńskie, żeby odróżnić ten taniec od jednego z tańców towarzyskich i podkreślić jego pochodzenie. Nie jest to jednak taniec zastrzeżony dla Argentyńczyków!
Keith: Czy można nazwać to, co robicie, mianem Tango Nuevo?
Fabián: Nie. To argentyńskie tango. Taniec, który stale ewoluuje, a obecnie przyjmuje takie a nie inne formy. W każdym razie nie jest on zastrzeżony dla Argentyńczyków, co więcej, nie trzeba być Argentyńczykiem, żeby być dobrym tancerzem. Każdy może tańczyć tango, jeśli odpowiednio się do tego zabierze. Czemu Argentyńczycy mieliby być lepsi? O ile wiem, tango nie ma nic wspólnego z genami.
Keith: Pozwól, że zadam ci głupie pytanie. Skąd się wziął „system skrzyżowany”? Czy to wasze dzieło?
Fabián: Zgadza się. To my w ten sposób to nazwaliśmy. Ale ludzie zawsze w ten sposób tańczyli. Wpadliśmy po prostu na pomysł, żeby określić normalne chodzenie mianem „równoległego”, a obok tego wprowadziliśmy nazwę „krok skrzyżowany”.
Pewnego dnia Gustavo wymyślił nazwę ocho cortado, ucięte ocho. Gustavo to wymyślił, milongueros posługują się tą nazwą zamiennie z ocho milonguero, ale nie wiedzą, skąd to pochodzi. Zresztą ocho cortado to myląca nazwa. Ucięte ocho to, tak naprawdę, ucięty obrót. Zmiana kierunku. Przód, otwarcie, a później w drugą stronę. Nie ucinamy żadnego ocho. Zaczynamy obrót w jednym kierunku, a później prowadzimy w drugą stronę…
Po latach różni ludzie zaczęli jednak stosować tę nazwę. Na przykład Susana Miller. Brała lekcje u Gustavo więc przejęła jego terminologię. A później rozsławiła ocho cortado na cały świat. Teraz większość tancerzy posługuje się pojęciem, które wymyśliliśmy. Choć jest to pojęcie błędne (śmiech).
Posłuchaj, słowa to tylko… Latami poszukiwaliśmy właściwych określeń. Większość ludzi chce znać nazwę każdego kroku. Zazwyczaj nazwy oddają wygląd danego kroku, nie mówią nam jednak nic o samej strukturze. Ocho, czyli ósemka, to obrazowy opis kroku. To wszystko. Ocho cortado oznacza, że gdzieś ucinamy ocho, o strukturze tego kroku niczego się nie dowiemy z tej nazwy.
Keith: Marzy ci się, żeby zmienić te nazwy?
Fabián: To raczej niemożliwe. Nazwa to jak czyjeś imię. Twoje imię nie mówi mi nic o twojej osobowości, ale to jednak twoje imię. Staram się teraz podchodzić do tego wszystkiego bardzo ostrożnie. Gdy coś opisuję, mówię na przykład, że mamy do czynienia ze zmianą kierunku.
Keith: Co się stało z „Projektem”?
Fabián: Kilka lat temu przestaliśmy się spotykać i zarzuciliśmy wspólne poszukiwania. Raz na jakiś czas umawiamy się i „wymieniamy krokami”. Pojawiły się jednak nowe plany. Pierwszym z nich był doroczny Kongres (CITA). Teraz myślimy o zrobieniu show. W pewnym momencie pojawił się Chicho i wniósł wiele ciekawych, świeżych pomysłów. Chodzi o to, w jaki sposób ten facet się uczy i przyswaja sobie różne rzeczy. Był naszym uczniem, przekazywaliśmy mu naszą wiedzę, on pracował nad tym materiałem i oddawał nam coś, co stanowiło jeszcze bardziej skomplikowany problem. To jest właśnie wyzwanie, to jest właśnie to, czego poszukujemy.
W pierwszym wydaniu CITA uczestniczyliśmy tylko Gustavo, ja i nasze partnerki. W drugim roku dołączył Chicho z partnerką. W tym roku cała impreza się powiększyła. Spotykamy się jednak tylko przez miesiąc w roku, przed CITĄ, żeby podzielić się pomysłami. To duży problem, bo musimy przecież podróżować, pracować, zarabiać pieniądze. Uprawiamy wspólnie nasze poletko, dzielimy się plonami z całym światem, ale mamy też rodziny na utrzymaniu. W Argentynie działalność kulturowa nie może liczyć na wsparcie. Politycy mają w nosie tango: sprzedają wszystkie prawa Japończykom. Dlatego spędzamy w kraju dwa może trzy miesiące w roku. To wszystko. No i rzadko udaje nam się tak wszystko zaplanować, żebyśmy byli w Argentynie w tym samym momencie. Większość osób myśli o nas jednak jak o członkach jednej drużyny. Nieczęsto razem występujemy. Robimy to tylko wtedy, gdy tego naprawdę chcemy.