Pierwsza salwa

Ojoj, drodzy czytelnicy. Nie chcę owijać w bawełnę. Nie będę stroił kabotyńskich min, nieszczerze się mizdrzył, ni twarzy wykrzywiał w ociekającym hipokryzją uśmiechu. Powiem bez ogródek jak jest, z grubej rury palnę: nie chce mi się pisać tego bloga. Żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce! Cóż jednak począć, kiedy mi się nie chce.

Nie chce i już. I to z dwóch powodów.

Po pierwsze, parę dni przed wyjazdem podjąłem pierwszą w życiu, wielce heroiczną próbę rzucenia palenia. Wiem, wiem, każdy, któremu to mówię – a mówię o tym wszystkim bez względu na płeć, wiek, wyznanie, rasę, preferencje seksualne, polityczne czy estetyczne – odpowiada niezmiennie:
– Jak to, to ty palisz? –
– Przecież mówię, że rzuciłem, ćwoku! – chciałoby się wrzasnąć, ale resztki kultury nadal krepują spętane we mnie zwierzę (coraz słabiej zresztą spętane).

Paliłem fajkę przez 15 lat. A kiedyś nawet kolekcjonowałem fajki i pasjonowałem się fachową literaturą (ech, nieodżałowany „Kalumet”!). Miałem na tym punkcie niezłego bzika. Paliłem, gdy pisałem, (a pisałem sporo), paliłem też czytając (rzeczy wymagające nieco więcej skupienia niż „Gazeta Wyborcza” czy „Awantura o Basię”). Jako że ostatnio zarabiam na chlebek wymachując nóżkami raczej niźli stukając w klawiaturę, a niewczesnie nabyte zasady etyczne wzbraniają mi obecnie czytać cokolwiek trudniejszego od Conana Barbarzyńcy, stwierdziłem, że nadszedł czas na pożegnanie z dymkiem (choćby chwilowe)…

Nie pomyślałem, psiakrew, że będę musiał pisać tego zasmarkanego bloga…
Jako że zew nikotynowy odzywa się wieczorem, postanowiłem, w chytrości swojej, pisać rano. A ranki – i oto drugi powód – nie są stworzone do pisania (zwłaszcza ranki tutejsze*). Kto twierdzi inaczej ten heretyk i gałgan.

* gdy się na tym dobrze zastanowić, wieczory też nie.

Słowem, nie chce mi się.

Ale dwa równie doskonałe powody skłaniają mnie do zapamiętałego rąbania w klawisze.
Po pierwsze tubalny głos Kasi, co i raz odzywającej się następującymi słowy: „powinniśmy jakoś zacząć pisać bloga”. A jeśli chodzi o jej życzenia, są one dla mnie rozkazem (patrz: tubalny głos).
Po drugie wola lubych czytelników, zasypujących nas apelami: piszcie bloga! Czytelników żądnych wiedzy, pragnących poznać czym prędzej wszystkie nowinki ze stolicy tanga, jak kania dżdżu ich łaknących. Słowem czytelników wprawdzie nieistniejących, a mimo to idealnych… Czytelników, którym mogę tylko się skłonić grzecznie, powtarzając za toskańskim bardem: „tak mnie ochota służby rozpłomienia, / że nie usłużę nigdy nadto wcześnie / i tutaj dość mi jednego skinienia”…

Dość tego smalenia cholewek.

Ad rem.

Dziś tylko pierwsze spostrzeżenia. Jesteśmy tu dopiero od dwóch dni.

Ale po raz trzeci, skupmy się więc na zmianach.

-Eins, jest nieco drożej, ale jeszcze znośnie (abstrahuję teraz od kursu złotówki, która stopniowo i konsekwentnie zamienia się w bezużyteczny papier). Chwalić Boga ceny mięcha są odgórnie regulowane. Rząd zapewnia sobie pokój społeczny, a lud może się raczyć swoją codzienną milanesą po przystępnej cenie. Sprytne.

– Zwei, zaopatrzenie sklepów znacznie się poprawiło. Niepotrzebnie wiozłem musztardę dijońską z Polski. (proszę nie rechotać i tak was słyszę. W zeszłym roku wiozłem Luizie majonez kielecki, więc tak czy owak idzie ku lepszemu).

– I wreszcie, drei, odszczekuję, co mówiłem o tutejszych owocach. Poprzednio wydawały mi się ździebko niejadalne (wyjąwszy melony). W przekonaniu o tym, że argentyńskie sadownictwo nie stoi na najwyższym poziomie podtrzymywał mnie widok Argentyńczyków rzucających się w Polsce z dziką zachłannością na bezpestkowe – importowane po prawdzie – winogrona.
Otóż w tym roku winogrona są tu świetne.
Piliśmy też naprawdę doskonały wyciskany sok z owoców (podczas gdy nasze poprzednie doświadczenia skłaniały nas do powątpiewania w wydolność kubków smakowych Radka J., który na swoim blogu zachwycał się tutejszymi jugos exprimidos). Ale może to wciąż efekt soku nie-wypitego w kawiarni na lotnisku F. Chopina w Warszawie. Napoju charakteryzującego się mdłym smakiem i którego cena była równie wysoka jak temperatura. Ohyda!

Oj, bójmy się panowie wpływu, jak Harold Bloom zaleca! Czuję, że zaczynam wkraczać na tereny zastrzeżone dla innego znamienitego tangoblogera, imć pana Elosito.

A więc do rzeczy. Kiedy przylecieliśmy tu rok temu mieliśmy wrażenie, że po parkiecie kręcą się te same osoby, co w czasie naszego pierwszego pobytu. Wczoraj zaś na practice 8 zobaczyłem niemal same nowe (młode) gęby. Gęby argentyńskie. Po prawdzie na practice 8 byłem pierwszy raz w życiu (ha, zobaczymy w El Beso), ale skonfrontowałem swoje spostrzeżenie z Josem H.

I oto, co mi odpowiedział:

„To, że ty, cretino, nie poznajesz ludzi, to nic. Ale ja, Jose H., syn tej ziemi, gaucho z gauchów i Patagończyk z Taraskonu wróciłem do Buenos po kilkumiesięcznym, jakże owocnym, turne, zdobywszy sławę oraz majątek, i też za cholerę nie poznaję tych głąbów. Znaczy się: jestem przeszczęśliwy, że tylu nowych młodych ludzi wymiata na parkiecie, świadczy to o wiecznej młodości tanga, które trwa i trwać będzie: evviva!”.

I tym optymistycznym akcentem na razie zakończę, pykając z lubością w fajeczkę mej sympatii do ciebie, luby czytelniku.

fajka1

6 Responses to “Pierwsza salwa”


  1. 1 bartek 19 lutego, 2009 o 9:45 pm

    Nie ukrywam, że pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, w odniesieniu do punktu trzeciego (vel drei) to tryumfalne „a nie mówiłem?!” 🙂

    Proszę grzecznie pisać bloga i nie zasłaniać się nałogiem tudzież lenistwem wszelakim – czytelnicy niecierpliwie czekają na nowinki! (w razie konieczności niektórzy z nich (sic!) będą sabotować niedzielną milongę 🙂 )
    Kasiu, motywuj swego mężczyznę, a w razie konieczności sama zasiądź za sterami, tak czy inaczej lud domaga się igrzysk, o chleb sami zadbamy 😉

    Bartek

  2. 2 Bartek 22 lutego, 2009 o 6:16 pm

    Jakiś identyfikator bartkowy by się przydał..

    Bartek 😀

  3. 3 bartek 22 lutego, 2009 o 11:17 pm

    niech moim identyfikatorem będzie adres www 🙂 a z którym Bartkiem (btw: piękne imię) mam do czynienia?

  4. 4 karol 24 lutego, 2009 o 2:31 pm

    Podziwiam Cię, bo jak można Ciebie nie podziwiać, za wszystko, ale ja nie miałem w Argentynie ani siły, ani czasu na pisanie czegokolwiek.
    Ale ale, dlaczego na trzech stronach maszynopisu napisałeś tylko, że dużo nowych na Practice 8. Wot mistrz. Prawdziwy Conan Barbarzyńca.

  5. 5 dominik 25 lutego, 2009 o 5:16 pm

    A gdzie jest owa praktika 8? I kiedy? I kto ją prowadzi? To chyba jakiś nowy twór na tangowej mapie B.A.

  6. 6 Bartek 25 lutego, 2009 o 8:42 pm

    Praktika8 istnieje od niedawna, mieści się na Loyola 828 (kilka „kwadratów” od Av. Cordoba, niedaleko Villa Malcolm). Uczy tam zdecydowanie najbardziej charakterystyczna postać na milongach w Buenos – Hugo Pendziuch 🙂 (na pewno też Martin Bel, którego jednak nie udało mi się poznać). Obaj panowie określają swój styl mianem „estilo villa crespo”, trzeba przyznać, że Hugo na parkiecie wygląda znakomicie.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s




Archiwum


%d blogerów lubi to: